Wstęp
Obecnie obowiązująca szkolna lista lektur
szkolnych jest quasi stała a modyfikacje jakie są w niej dokonywane na
przestrzeni lat są niewielkie. O ile wpływ lektur na etapie szkoły podstawowej,
należy uznać za pożyteczny, bo nie sprowadza się jedynie do zapoznawania się z
treścią książki, ale i nauką jej interpretacji, o tyle pozycje listy lektur
gimnazjalnych należy uznać za dyskusyjne, a poziom licealny jest mocno
przestarzały i niedostosowany do wymagań obecnego świata.
Regresja poziomu edukacyjnego wpływu lektury na kolejnych etapach edukacji
Poczynając od elementarza młody obywatel poznaje
język, jego konstrukcję i słownictwo. Niemniej jednak polski system edukacji
tzw. ogólnokształcącej jest ewidentnie nakierunkowany na wiedzę a nie na
rozwój. Ciekawych lektur w podstawówce jest niewiele, „Awantura o Basię” nikogo
nie kręci, a „Sposób na Alcybiadesa” też nie wnosi wiele, bo uczniowie nie
muszą czerpać wzorców na „wałowanie nauczycieli” z książek, gdyż wypracowują
własne.
Ciężko się jest jednak nie zgodzić z koniecznością
utrzymania obowiązku czytania lektur na tym etapie edukacji, gdy człowiek uczy
się czytać, myśleć i wypowiadać. Z drugiej strony pojawia się standardowy
system ich omawiania tj. o czym to było, opisz bohatera, napisz plan wydarzeń w
10 punktach itd. W podstawowej czytanie lektur kojarzy się uczniowi z
koniecznością rozbierania lektury na części pierwsze, zaznaczaniem fragmentów i
cytatów, zwieńczone wypracowaniem na temat książki. Jest to niezbyt
interesujące, ale w Polsce tyle wystarcza, ponieważ dalsza edukacja nie wymusza
by uczeń zapamiętał z lektury cokolwiek więcej poza tym, że była.
Model ten kontynuowany jest na etapie gimnazjum,
zmieniają się tylko nauczyciele i omawiane tytuły. Powstaje konflikt interesów,
bo nauczyciele lubią straszyć koniecznością znajomości lektur, bo jest to
potrzebne żeby zdać egzamin gimnazjalny, który potem zadecyduje o tym do
jakiego liceum będzie można iść, co będzie mieć wpływ na studia, które będą
skutkować lepszą pracą, bla bla bla… zupełnie tak jakby 13-15 – o letni
człowiek wiedział już co chce robić w życiu. Straszenie gimnazjalistów
egzaminem, podobnie jak straszenie licealistów maturą jest nieskuteczne,
dlatego że obie grupy czas przed egzaminami dzielą na dwie kategorie: nie będą
się uczyć bo jest jeszcze dużo czasu lub też nie będą się uczyć bo i tak
zostało na to za mało czasu. Poza tym że człowiek w takim wieku ma wiele
zainteresowań, typu znajomi, koledzy, koleżanki, wynik meczu Ligi Mistrzów,
podwórko, nowa Fifa, komputer i wszystko inne tylko nie metaforyczny wymiar
momentu gdy Jagienka zakłada Zbyszkowi na głowę chustkę, nałęczkę czy inne
prześcieradło.
Co gorsza, gimnazjum jest etapem gdzie omawia się
pierwsze z ważnych dzieł wielkiego wieszcza – Adama Mickiewicza, pod wdzięcznym
tytułem „Pan Tadeusz”. Uczniowie czytają tę pozycję, uczą się inwokacji i
usiłują zrozumieć słownictwo. Rezygnują gdzieś w okolicy 3-4 rozdziału, a potem
stwierdzają że 11 listopada „Pan Tadeusz” będzie w telewizji to sobie obejrzą i
dobra jest. Omawianie tej pozycji to horror, a zadanie polegające na
narysowaniu w zeszycie tabeli porównującej Jacka Soplicę z Księdzem Robakiem to
wymysł wyłącznie polskiej myśli humanistycznej, która jako jedyna na świecie
potrafi porównać ze sobą jedną i tą samą osobę i do tego znaleźć multum różnic.
To tak jakby porównywać ziemniaki z kartoflami i udowodnić, że nie bez kozery
stosuje się do tego dwie różne nazwy.
Co gorsza do tej całej prozy dochodzą jeszcze
dzieła liryczne. To kolejna grupa dzieł, których nad znaczeniem i przekazem
wzięła górę definicyjna interpretacja. I tak oto, nie dyskutuje się o treści,
tylko wyszukuje się środki literackie i określa gdzie jest epitet, gdzie
porównanie bądź onomatopeja, która nawiasem mówiąc dla gimnazjalistów ma
zupełnie inne znaczenie niż nadane jej pierwotnie. Gani się uczniów którzy nie
mogą zapamiętać, że w wierszu nie wypowiada się autor tylko podmiot liryczny,
wbija im się to do głowy a oni odpowiadają, że no dobra niech będzie. Im w
sumie to bez różnicy.
Podejście ucznia do lektury nosi dla niego
znamiona przymusu, choć czasem trafi się książka która mu się spodoba, to nie
dzieje się to częściej jak raz na 3 lata.
Etap licealny to już nie jest czytanie, omawianie
i inne tam pierdoły. Na tym etapie lektury to osobna dziedzina nauki w ramach
przedmiotu pod tytułem język polski. Rozpoczyna się od podania uczniom listy
lektur na całe 3 lata. Zaznacza się przy tym, że są to pozycje obowiązkowe do
matury i trzeba przerobić wszystkie 284 wymienione utwory. Pierwsze klasy
słyszą to rok w rok, pomimo że nauczyciel z 25-o letnim doświadczeniem powinien
wreszcie dostrzec, że ta sztuka nigdy dotąd mu się nie udała.
Na domiar złego dochodzą epoki literackie ich
cechy charakterystyczne i wiodący autorzy, wiodące dzieła. Epoki dzielą się na
dwie grupy, pierwsza gdzie dominuje podejście romantyczno – sercowo –
uczuciowe, gdzie wszystkie utwory są na jedno kopyto i do tego ckliwe jak nie
wiem co, i druga grupa gdzie autorzy kierują się wiedzą, rozumem i doświadczeniem
i gdzie wachlarz treści jest nieco szerszy a i tak nie ma to żadnego znaczenia.
Pierwsze epoki to z reguły starożytność i jakieś
tam inne przedpotopowe dzieła. Należy podkreślić tu, że jednymi z pierwszych
pozycji są zawsze Mitologia Grecka, Rzymska i Biblia, a ich nietypowość objawia
się w tym, że są to pierwsze i zarazem ostatnie lektury, dla których nie
wypisuje się planu wydarzeń. Reszta modelu omawiania pozostaje bez zmian.
Generalnie cykl omawiania lektur na etapie liceum
jest stały na przestrzeni wszystkich lat. Uczniowie już nie tylko, że mają
ciekawsze rzeczy do roboty, to nie zajmują się książkami nawet pod groźbą
otrzymania jedyneczki za nieprzeczytanie. Proces wygląda podobnie. Zadane
zostaje przeczytanie książki, uczniowie szturmują bibliotekę, trzymają książkę
u siebie, zbierają jedynki za nieprzygotowanie z lektury, ściągają z internetu
charakterystyki bohaterów, idą na sprawdzian końcowy, otrzymują jedynki,
opracowują pytania jakie były na terminie, idą na poprawę, otrzymują dopuszczający
i przechodzą do następnej lektury.
Naturalnie matura nie działa w żadne sposób na
motywację, po miesiącu nauki idzie się przyzwyczaić. Wówczas słowo matura
zaczyna brzmieć jak mantra i uczniowie nie zwrócą uwagi na jej pojawienie się w
reprymendzie nauczyciela, nawet gdyby ten wypowiedział je od tyłu. Jedyny
pozytywny aspekt ostrzeżeń o maturze uczniowie dostrzegają w tym, że gdy
nauczyciel się wnerwi na ich niewiedzę to przez 15 minut drze się, że matura
jest ważna i dzięki temu uczniom bezstresowo zlatuje 1/3 lekcji.
Co po maturze
No jak to co? Po maturze zadajemy delikwentowi
pytanie kto napisał „Boską komedię” Dantego a ten strzela pomiędzy Mickiewiczem
a Cyprianem Kamilem Norwidem. I kto ponosi za takie coś odpowiedzialność?
To zależy kogo zapytać. Poloniści powiedzą
oczywiście że wina jest po stronie nieuków, którzy zamiast ślęczeć nad
książkami woleli się bawić. Żaden z polonistów nie przyznał natomiast po dziś
dzień, że pomimo że on te wszystkie dyrdymały zna na pamięć, to pracuje w
budżetówce od ponad dwudziestu lat, perspektyw rozwoju nie ma żadnych i zarabia
niewiele ponad najniższą krajową. Każdy natomiast powie że nieznajomość lektur
to gwarancja porażki w przyszłości. Niemniej jednak w ich przypadku można to
jeszcze próbować zrozumieć. Gorzej jak takie same rzeczy mówi, jeżdżący
autobusem do pracy profesor na uczelni, do grupy zaocznych studentów z których
67% przyjeżdża na zajęcia własnymi samochodami.
Wracając do tematu, to uczniowie w większości
zrzucają winę na nauczycieli, że Ci nie potrafią uczyć. Kwestia dyskusyjna,
część potrafi, część nie. Nie wspominając już o zaciekawieniu ucznia tematem.
Eksperci widzą sytuację w systemie oświaty. Polski
system nauczania jest nastawiony na zapamiętywanie, do tego zapamiętywanie
okresowe. I ja osobiście się z tym zgadzam. Omawia się lekturę czy epokę, pisze
się z tego sprawdzian i nigdy później się do tego nie wraca. Myślenia nie
stymuluje się w żaden sposób.
Nauczyciel jako rzecznik prasowy
Typową cechą omawiania lektur jest dorabianie do
nich mitów i skojarzeń. Polonista potrafi w fantastyczny sposób doszukać się we
wszystkim głębokiej symboliki. To coś w stylu rzecznika prasowego, który bez
względu na to co powie jego klient zawsze potrafi wyjaśnić, że miał on na myśli
co innego niż miał.
Swoją drogą pytanie „co autor miał na myśli” to
jedno z ulubionych pytań nauczycieli. I biedni uczniowie się głowią co autor
miał na myśli, pomimo że odpowiedź na to pytanie jest tylko jedna: a jakie to
ma znaczenie.
Przykład pierwszy, dlaczego ksiądz Robak przyjął ksywkę
robak a nie na przykład Juniperus communis (z łac. Jałowiec pospolity)?
Odpowiedź pierwsza – bo niby dlaczego nie. Odpowiedź druga – bo może
Mickiewiczowi tak się rymowało. Odpowiedź trzecia – bo może w ten sposób Adam
chciał wyrazić swoje zainteresowanie entomologią. NIE! Odpowiedź nauczyciela
jest jasna i oczywista. Bo chciał się uniżyć, upokorzyć i to miała być taka
niby pokuta i w ogóle to napiszcie o tym wypracowanie na 30 stron. I choćby sam
Mickiewicz wszedł do sali i powiedział że robak jest dla niego wyrazem
szczególnym bo zaczyna się na tą samą literę co rewolwer, to polonista najpierw
spytałby o nazwisko a następnie oznajmił, że Adam dostaje jedynkę na
nieuważanie na lekcji.
Przykład drugi. Wiersz „Dziewczyna” Bolesława
Leśmiana to wg oficjalnej linii edukacyjnej wiersz o niespełnionych marzeniach,
nadziei i całej masie towarzyszącej temu nostalgii i cukierkowania. I tak ma
być. I to jest jakaś aberracja, że najpierw zadaje się uczniom zadanie z prośbą
o własną interpretację a potem stawia się lufy za każdą interpretację różną od
oficjalnej, tłuczonej przez x lat w szkołach. A co jeśli wiersz „Dziewczyna” to
próba zwrócenia przez autora (czy tam podmiotu lirycznego) uwagi dla
pracodawców, że długie przebywanie w kopalni przy wydobyciu może skutkować
pojawieniem się dziwnych omamów w skutek wdychania metanu, a wspomniana „ślepa
noc” to apel o poprawę warunków dla pracowników trzeciej zmiany? Nic, bo
nauczyciel wie lepiej. Fakt, że Szymborska za interpretację maturalną własnego
wiersza dostała 65% punktów, bo była w dużej części błędna nikomu nie dał do
myślenia.
A w tym wszystkim najgorsze jest to, że
klasycznego ucznia nie interesuje co autor miał na myśli.
Mistycyzm literatury
Kolejny nieodłączny element tłuczenia lektur
szkolnych i ich wpływ na świadomość, patriotyzm, historię, ceny paliw i inne
czynniki. Jak wiadomo z historii kiedyś w Rzeczpospolitej było fajnie bo była
silna, potem szlachta zaczęła domagać się przywilejów, więc się popsuło i nie
było jak się bronić więc przyjechali sąsiedzi, zrobili rozbiory ale Polacy się
nie dali i walczyli o odzyskanie wolności – z powodzeniem (w tym jednym zdaniu
streściłem jakieś 3 semestry nauki).
Zdaniem polonistów ogromna rolę odegrała tu
literatura. Podobno autorzy wspominający stare dobre czasy i bohaterstwo
Polaków, dodawali otuchy do walki. To dzięki niej ludzie poczuli tożsamość
narodową. Wszystko fajnie, tylko niech mi ktoś wyjaśni – w jaki sposób?
Wspomniana szlachta do działania się nie paliła, bo generalnie w owym czasie
miała wszystko gdzieś, a chłopstwo i drobnomieszczaństwo z trudem dukało, więc
jak Ci ludzie mieli zrozumieć o co chodzi w tych nadętych patosem książkach,
których nawet wykształconym trudno zrozumieć.
Rzecz druga, typowo polska to zamiatanie śmieci
pod dywan i gloryfikacja reszty nawet wtedy gdy jej nie ma. Wmawiamy młodzieży
trele morele o wielkości dzieła jakim są „Dziady”. Ile razy się powtarzało że
tylko wielki autor mógł coś takiego spłodzić. Powiem krótko, gdyby „Dziady” i „Pan
Tadeusz” wyszły dziś to Mickiewicz zostałby aresztowany za posiadanie. I to
wcale nie bezpodstawnie, bo specjaliści od tego typa często powtarzają, że Mickiewicz
nie żałował sobie różnych środków i dopalaczy. Serwujemy więc młodzieży dzieło
człowieka, który siedząc na niezłym haju opisywał seanse spirytystyczne i
wmawiamy że to wielkie działo naszej literatury.
Lista lektur do resetu
Nie mam nic przeciwko tego typu książką pod
warunkiem, że ich ilość będzie stosowna do konieczności. Dziesiątki książek o
wymyślonych bohaterach, umieszczonych gdzieś tam w historii i do tego
napisanych w języku starocerkiewnosłowiańskim szybko staje się nudna. Dlaczego
młodym ludziom nie serwuje się Steve’e Jobbsa – człowieka który rzucił studia i
postawił na swój rozum. Osiągnął ogromny sukces bo miał pomysł na biznes, na
życie. Chciał zmieniać świat, miał wizję i do niej dążył. I trafił na listy
Forbse’a a o produktach jego firmy słyszał cały świat. Został miliarderem, a
wszyscy Ci Mickiewicze, Słowaccy, Prusy i inni bogactwa się jakoś nie dorobili.
I co im z bogatego ducha skoro Ferrari za to nie kupisz…

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz