"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

niedziela, 18 października 2015

Gegra Universum

Do napisania poniższych przemyśleń skłoniła mnie sytuacja jaką miałem okazję obserwować w komunikacji miejskiej podczas powrotu z pracy. Kilka razy pojawiały się tu już wywody z cyklu „o przedmiotach szkolnych”. Teraz będzie o geografii a to za sprawą mamusi, która przez całą drogę maglowała swoje dziecko z kierunków geograficznych.

Co jest na górze, co jest na lewo, gdzie jest południe i tak 40 minut jazdy i to akurat wtedy, gdy dzień wcześniej zapomniałem zabrać mp3 z samochodu i nie miałem czym zatkać uszu. Niemniej jednak przypomniały mi się czasy gdy sam uczyłem się kierunków na geografii a byłem w tym dobry. Generalnie samo zagadnienie jest proste i przez to lubiane przez uczniów. Maglowanemu dzieciakowi trochę się to jeszcze mieszało ale generalnie z czasem utrwalał sobie co jest gdzie.

Jest to ponoć ważne żeby się tego nauczyć, bo potem przez ileś z rzędu tygodni będzie się to wałkować na wszystkie możliwe przypadki. Naszło mnie jednak na szukanie rzeczywiście praktycznego zastosowania tej wiedzy w praktyce, co nie było trudne bo ostatni i zarazem pierwszy od czasu ukończenia podstawówki przypadek gdzie wiedza z tego zakresu mi się przydała miał miejsce niedawno. Otóż gdy podczas gry w GTA V, gdzieś w okolicy Vinewood zaczęła gonić mnie policja, potrzebowałem szybko trafić do zakładu przemalowującego auta, co jak nie od dziś wiadomo, sprawia że policja dostaje kręćka i kończy pościg bo poszukiwane auto zmieniło kolor i jest już nie do rozpoznania. Grając Franklinem szukałem warsztatu którego jest on właścicielem, aby nie płacić za usługę. Wiedziałem że muszę jechać na północ, bo tam znajduje się warsztat w Sandy Shores. Na minimapie skierowałem się zatem w stronę litery N i bez problemu odnalazłem warsztat. Warto było kończyć szkoły na trzech kolejnych etapach edukacji.

Ale gegra to nie tylko kierunki na mapie w GTA. Można by pokusić się o stwierdzenie że jest to kontynuacja przedmiotu zwanego przyroda, który trwa tylko trzy lata podstawówy. W ramach tej serii uczymy się na przykład odróżniać chmurki na niebie, wiedzieć na jakiej wysokości nmp grasują no i oczywiście, czy z danej chmury pieprznie deszcz czy nie. Weźmy spójrzmy na te rzesze tumanów, które gdy tylko, patrząc w niebo, zobaczą gęste szare chmury od razu wykopują parasolkę z dna szafy. Taki dobry geograf musi mieć niezły ubaw, jak dwa razy do roku może obserwować jak ludziska łażą w kurtkach i z parasolami mimo, że nie pada ale się cały dzień zanosi. On natomiast zmierzył wysokość chmury nad poziomem morza i na tej podstawie określił, że jest to kumulus bezdeszczus i z tego padać nie będzie, choć całe rano się na to zapowiada. Po prostu – deszczowe chmury latają na półapie o 3 centymetry wyższym.

Geografia to przedmiot o szerokim spektrum zagadnień i dlatego nie sposób ocenić jej zbawiennego wkładu w życie każdego człowieka. Z geografii można się dowiedzieć na przykład na jakiej wysokości nad ziemią zaczyna się stratosfera i na jakiej wysokości się kończy. Inna rzecz, że wpływ tego faktu na cokolwiek jest zawsze przemilczany, ale jednak wiedza to wiedza. Geografia zajmuje się też przemysłem i jego rozmieszczeniem na ziemi. Wówczas można się dowiedzieć , że Niemcy mają zajoba na punkcie produkcji samochodów, a w Łodzi wzorem dawnego Manchesteru rozwinął się przemysł szwaczkowy i dziś Łódź jest gigantem na światowym rynku produkcji pończoch.

W zagadnienia geografii wchodzi też m.in. urbanizacja czy transport. Wówczas możemy dowiedzieć się że samochody poruszają się po rozwiniętej sieci dróg a w rejonach węzłów kolejowych można spodziewać się pociągu.

Na studiach jest taki przedmiot jak geodezja. I choć brzmi podobnie to jest w rzeczywistości hardcorowo trudna w stosunku do zwykłej licealnej gegry. Mimo to wielu ludzi decyduje się składać tam papiery, bo zawsze było dobre we wskazywaniu rejonów gdzie stosunek pończoch do torów kolejowych był najwyższy. Potem się dziwią że kazali im się uczyć jakiejś geometrii wykreślnej a oni sami wylatują po pierwszym semestrze.

Reasumując geografia jest bardzo ważnym przedmiotem, dzięki któremu możemy niejednokrotnie uniknąć płacenia kaucji po nieudanej ucieczce przed pościgiem w GTA. Mnogość zagadnień sprawia, że staje się ona przedmiotem, którego wiedza jest niezbędną do życia w dzisiejszych czasach i pozwala uniknąć zbędnego targania parasolki.


czwartek, 1 października 2015

Niebywały skandal

Gdyby usiłować wymienić najistotniejsze problemy z jakimi w obecnym czasie musi mierzyć się świat to byłoby w czym wybierać. Mamy globalne zagrożenie terroryzmem, konflikt na Ukrainie, aneksję Krymu i inne działania polityczne Rosji, uchodźców usiłujących wtargnąć do Europy i wiele, wiele innych. Nic jednak tak nie bulwersuje jak afera w koncernie Volkswagena.

Jak powszechnie wiadomo, niedawno wyszło na jaw, że niemiecki producent z deczka naściemniał w rubryczce z informacją o emisji szkodliwych substancji do atmosfery. A ponieważ w Polsce nie sposób wyjść na miasto i nie spotkać po drodze kilkudziesięciu Volkswagenów, Audi, Skód czy Seatów to w całym kraju zapanowało ogromne poruszenie.

Gdy czyta się internetowe fora, ogląda programy motoryzacyjne bądź zwyczajnie z kimś rozmawia na tematy zawiązane z technicznymi parametrami samochodów to z reguły mówi się o pojemności i mocy silnika, liczbie i układzie cylindrów. W dalszej kolejności mówi się o przyspieszeniu, spalaniu. Ale nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać dyskusji na temat poziomu emisji dwutlenku węgla. Ja na przykład jestem w stanie podać wszystkie wcześniej wymienione parametry odnośnie swojego samochodu, podać oznaczenia silnika i skrzyni, maksymalny moment obrotowy. Znam swoje auto na wylot, wiem nawet jaki ma poziom sprężania, ale ni cholery nie mam pojęcia jaki ma poziom emisji CO2 do atmosfery. Ale wiem chociaż w jakich jednostkach się to mierzy, bo wielu posiadaczy aut, których znam nie wie nawet tego.

Usiłuję sobie wyobrazić sytuację gdzie gość wchodzi do salonu samochodowego i informuje sprzedawcę że szuka auta o określonym poziomie emisji dwutlenku węgla. Model, silnik, moc, cena, spalanie nie mają znaczenia, liczy się tylko emisja CO2. A już w ogóle niewyobrażalne jest aby taka sytuacja stała się normą. Gdyby tak było to poziom oburzenia wśród posiadaczy samochodów koncernu VW byłby nie do opisania. Kupili auto tego producenta w przekonaniu, że będą emitować określoną ilość CO2/km a teraz okazuje się że są o wiele mniej ekologiczni niż myśleli że są. Przecież to niebywała duma gdy jedziesz autem ze świadomością że emitujesz ledwie 120g CO2/km, a typek na pasie obok aż 121,5g/km. Śmierdziuch jeden. Dobrze że nie mam auta produkcji koncernu VW, bo w zaistniałej sytuacji bym się chyba spalił ze wstydu.

Należy tutaj przypomnieć że afera dotyczy koncernu produkującego pojazdy mechaniczne, służące do poruszania się po drogach. Dlatego też parametr, który nie ma żadnego wpływu na charakterystykę czy dynamikę jazdy musi być niezwykle istotny w przypadku tego rynku. Jest tak istotny, że aby go poznać, trzeba zajrzeć do katalogu z danymi technicznymi, bo nie ma go nawet w dowodzie rejestracyjnym, a jego pomiar nie wchodzi w skład czynności koniecznych do wykonania podczas przeglądu technicznego.

Wszystko to dowodzi, że nieprzypadkowo media robią tak wielki szum wokół całej sprawy. Afera zbulwersowała chyba wszystkich posiadaczy samochodów, nie tylko tych z koncernu VW. Dotyczy bowiem jednego z najistotniejszych parametrów decydujących o wyborze samochodu przez potencjalnego nabywcę. Bardzo dobrze więc, ze światowe agencje roztrząsają całą sprawę a nie zajmują się pierodłami typu światowy terroryzm, czy głód w Afryce.

czwartek, 30 lipca 2015

Inwigilacja

W dniu wczorajszym, koleżanka z pracy, która ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym, zaczęła opowiadać o nowym rozwiązaniu, które zostało zastosowane w szkole do której uczęszczają jej dzieci.

Z ciekawości postanowiłem dowiedzieć się szczegółów i okazuje się, że edukacyjna machina terroru postanowiła się zmodernizować by jeszcze bardziej obrzydzić życie uczniom. Chodzi o tzw. elektroniczny dziennik. Z samej nazwy można się domyśleć o co w tym chodzi. W dużym uproszczeniu – nauczyciel w szkole wypełnia e-rubryczki a rodzic w domu się loguje na e-dziennik i sprawdza sobie postępy dziecka… lub ich brak.

Dla uczniów oznacza to katastrofę związaną z zamianą kontroli rodzicielskiej na totalną inwigilację. Uczeń nie będzie w stanie cieszyć się ani chwilą wolności, ponieważ wszystkie jego grzechy i zaniedbania, poprzez system elektronicznego donosicielstwa, zostaną natychmiastowo przekazane rodzicom a potem to już memento przerąbane.

Powszechnie wiadomo, że jedynym czego szkoła potrafi człowieka w życiu nauczyć jest umiejętność doceniania każdej wolnej chwili. Ciesz się młody człowieku chwilą wolnego, bo to eldorado wkrótce się skończy. I znowu zacznie się codzienna wielogodzinna sesja tortur, podzielona na 45-o minutowe sesje, która trwa przez 10 miesięcy w roku, 5 dni w tygodniu i od 6 do 9 godzin na dzień. Teraz dzięki e-dziennikowi, szkoła może w jeszcze lepszy sposób spełniać rolę do jakiej została stworzona – zniechęcać ucznia do nauki, obrzydzać mu jakiekolwiek poznawanie wiedzy i niszczyć jakiekolwiek jego ambicje.

Elektroniczny dziennik ma oczywiście wszystkie bajery w jakie wyposażony jest każdy, nawet podstawowy system elektronicznego zarządzania. Wśród nich, jest na przykład taki banał jak wysyłanie powiadomień sms o zmianach w rubryce z nazwiskiem Twojego dziecka. I siedzisz se w robocie a tu przychodzi wiadomość „Rodzicu, informujemy że Twoja pociecha znów nie przygotowała się z ostatniej lekcji z przyry, za co otrzymała ocenę niedostateczną”. Albo młody człowiek pójdzie sobie na wagary a u rodzica w komórce wiadomość: „Rodzicu, w dniu dzisiejszym twoje dziecko, zerwało się z trzech ostatnich”. I memento przerąbane, bo na przykład moi rodzice byli źli na wagarowanie i nie chcieli zrozumieć, że to nie moja wina, że potrafię sobie samemu ciekawiej zorganizować czas niż robiła to szkoła.

Co musi czuć zatem uczeń, który siedzi w szkole z nieprzerwaną świadomością że cokolwiek zrobi, to zaraz matka się dowie co nawywijał. Taki dzieciak nie dość że dostanie szlaban na kompa, to jeszcze będzie zmuszony by po powrocie ze szkoły mieć ciąg dalszy tortur, gdzie najpierw rodzice przez godzinę będą na niego krzyczeć, a potem cały wieczór będą mu stać nad głową by do nocy ślęczał nad książkami.

Oczywiście przy tej okazji pojawi się stara śpiewka, że to wszystko dla dobra uczniów. Choć dlaczego MEN dla bora uczniów, dopuszcza odbieranie uczniom jakiejkolwiek swobody to już nie zostało wyjaśnione. Szkoła nie dość że skutecznie obrzydza każdemu uczniowi naukę, to jeszcze teraz może zaprzęgnąć do tego rodziców, by Ci wyręczali szkołę w tymże obrzydzaniu po godzinach.