Dzisiejszy wpis będzie kontynuacją wpisu „Niebywały skandal”
z którym zapoznać się można klikając tutaj: klik
Wynika to z faktu, że Facebook, który prowadzi teraz
politykę obchodzenia rocznic dodania tego czy innego postu, przypomniał mi, że
rok temu dodałem post z linkiem do artykułu mówiącym o tzw. aferze Volkswagena
okraszony moim komentarzem, w którym broniłem niemieckiego koncernu.
Żeby było jasne – marki VW i większości jej podległych nie
cierpię (wyjątki stanowią Porshe, Bugatti czy Lamborghini, które należy do
Audi, które z kolei należy do grupy VW). Nie cierpię ich za promowanie i
ubóstwianie silników diesla, które jak wiadomo są dziełem szatana i są
mocniejsze od benzynowych odpowiedników tylko w niskim zakresie obrotów. Ale w
całej tej aferze dotyczącej emisji szkodliwych substancji biorę stronę VW z
kilku powodów. Po pierwsze, uważam że kupowanie samochodu osobowego z silnikiem
wysokoprężnym zalatuje ekonomicznym podejściem do aut, którego nie cierpię.
Auto ma dawać frajdę a nie być tanie w eksploatacji. Co z tego, że twój
samochód jest ekonomiczny i mniej pali jeśli w ogóle nie odczuwasz przyjemności
z jazdy nim. Ale silniki diesla są potrzebne, bo ze względu na swój większy moment
w niskim zakresie obrotów doskonale sprawdzają się do napędzania kolumbryn
takich jak tiry, autobusy czy lokomotywy spalinowe. Wiadomo przecież że najwięcej
powera potrzebne jest w momencie ruszania z miejsca, a wyżej wymienione
przykłady nie będą kręcić niezłych osiągów, potrzebują za to dużo mocy by
ruszyć z miejsca. Po drugie, cała afera co prawda dotyczyła diesli, ale kto wie
czy za chwilę ktoś nie postanowi się doczepić również do benzyniaków, które
przecież też kopcą bo jak sama nazwa wskazuje, silnik spalinowy działa w wyniku
spalania paliwa i emituje spaliny. Po trzecie, ze względu na wspomnianą
konieczność emisji spalin, łączenie jakichkolwiek urządzeń zasilanych silnikiem
spalinowym z zagadnieniami ekologii jest kompletną durnotą, bo albo spalamy
paliwo, albo cackamy się z ekologią.
Niestety, istnieje mnóstwo organizacji zrzeszających różnych
zielonych półgłowków, którym takie dopasowanie kompletnie przeciwnych zagadnień
w ogóle nie przeszkadza. I to ich przedstawiciele najgłośniej darli mordy
podczas całej tej afery spalinowej, namawiając do linczu na koncernie Volkswagena
za „oburzające, hańbiące, bezczelne” i cholera wie jakie jeszcze postępowanie,
które w oczach zielonych półgłówków niemal przybrało postać gwałtu na
środowisku naturalnym. W ostatnich latach zapanowała moda na tzw. ochronę
środowiska i teraz żeby jakaś większa marka czy koncern były cool muszą wykazać
że są proekologiczne. I robią to nawet firmy samochodowe, które ze względu na
charakter prowadzonej działalności mogą mieć mocno utrudnione zadanie w tym
obszarze. Gorzej – nawet jeśli ten czy inny autokoncern nie chce sam bawić się
w taką ekogrę, może być przez to zmuszony przez rząd państwa na terenie którego
działa lub sprzedaje pojazdy, bo lobby zielonych półgłówków zdążyło już na
premierze i ministrach wymusić idiotyczne zmiany w prawie.
Jak daleko może być posunięte takie wymuszanie pokazują
przykłady z Niemiec i Norwegii gdzie niedawno wspominano nawet o planowanym
całkowitym zakazie rejestrowania aut z silnikami spalinowymi. Całe szczęście
protesty przeciwko takim rozwiązaniom w porę sprawiły że pomysłodawcy pieprzneli
się w łeb i wycofali z tej durnoty, ale sam fakt że ktoś na coś takiego wpadł
świadczy jak niebezpieczne są organizacje zielonych półgłówków. Ci ludzie
zwyczajnie terroryzują świat swoimi chorymi interpretacjami dobrej idei. Bo nie
ma nic złego w ekologii, dopóki nie
zaczyna ona przybierać wymiarów jakiegoś totalnego absurdu. A to właśnie robią
zielone półgłówki – z dobrej i pożytecznej ekologii zrobili sobie narzędzie do
utrudniania ludziom życia. Zupełnie jak islamscy terroryści, którzy wzięli
sobie Koran, będący sam w sobie całkiem spoko, przeinaczyli to co tam jest
napisane i zaczęli mordować ludzi. Tylko że islamistom za ich terror zrzuca się
bomby na łby, a zielonym półgłówkom przyklaskuje się że działają słusznie. Bo
tacy gadają mi czy nie obawiam się, że moje dzieci i wnuki nie będą miały czym
oddychać. Nie, nie boję się. Boję się natomiast, że jak te zielone półgłówki
dalej będą traktowane jak wybawiciele a nie terroryści, to moje dzieci lub
wnuki nie będą mogły pójść do salonu samochodowego i kupić auta z silnikiem V8
czy V12. Może od razu cofnijmy się w rozwoju cywilizacyjnym i wróćmy do konia.
To naturalny środek transportu, który emituje głównie nieszkodliwe substancje.
I chrzanić to że nie ma wygodnych foteli, Klimy, radia a nawet dachu, musi
wypoczywać co ileśdziesiąt kilometrów, a podróż z Paryża do Bratysławy znów
będzie trwała dwa tygodnie. Ważne przecież że to takie ekologiczne.
Przy okazji tej całej afery VW, jeden z ekspertów mechaniki
specjalizujący się w budowie silników spalinowych wyjaśnił, że można wskazać
trzy parametry: moc, spalanie, emisja szkodliwych substancji. Wpłynąć można na
dowolne dwa, trzeci będzie wynikowy. Duża moc i niskie spalanie daje wysoki
poziom emisji, chcąc to zmienić i osiągnąć niskie spalanie i niski poziom
emisji uzyskamy dużo niższą moc. Nie da się jednocześnie ustalić z góry wszystkich
trzech wartości. Ponieważ jednak wielu ludzi ma problem z prawidłowym
uszeregowaniem (czego nie rozumiem bo to jest proste), powtórzę po raz nie wiem
który: najważniejsza jest moc silnika. To ona zapewnia nam osiągi,
przyspieszenie, ma wpływ na tzw. ruszenie. Im więcej mocy tym więcej frajdy, a
stare porzekadło mówi, że nie ma nic lepszego niż dużo mocy chyba że jeszcze
więcej mocy. Moc przede wszystkim. Drugie jest spalanie. Nie wolno bowiem
ograniczać mocy silnika ze względu na spalanie. To tak jakby celowo się głodzić
i jeść połowę tego co się powinno tylko dlatego, że ma się potem mniejszą
sraczkę. Niemniej jednak, jeżeli istnieje możliwość obniżenia spalania bez
uszczerbku na mocy (na przykład poprzez odpowiednią konstrukcję wydechu, czy
wydajniejsze filtry), to należy z tej możliwości korzystać, ponieważ mniejsze
spalanie, to mniejsze koszty eksploatacji. Co zostaje? Emisja szkodliwych
substancji. No cóż, trzeba wreszcie uświadomić ludzi, że aby auto miało
właściwe osiągi i w miarę możliwości przystępne spalanie to ekologię szlag
trafia. Ten parametr wyreguluje się sam i to na wysokim poziomie ponieważ ze
względu na jedyne właściwe uszeregowanie wskazanych elementów, które
przedstawiłem powyżej. I sorry bardzo ale jak jakiś zielony półgłówek uważa
inaczej to określenie półgłówek jest jak najbardziej na miejscu.
Do Volksvagena można się za te szachermachery przy spalaniu
przyczepić. Ale nie ze względu na to, że gdzieś tam wyemitował dużo szkodliwych
substancji, a ze względu na tzw. niezgodność produktu z opisem. W teorii można
by żądać zwrotu pieniędzy za otrzymanie towaru innego niż ten ze specyfikacji. Dlaczego
tylko w teorii. Z tego powodu o którym pisałem w „Niebywałym skandalu”, bo poza
zielonymi półgłówkami nikogo poziom emisji wydobywający się z użytkowanego
samochodu nie obchodzi. Mało kto w ogóle o tym myśli, jeszcze mniej osób zwraca
na to uwagę, a już jakiś śladowy ułamek musiałby się tym tak przejąć, żeby aż
zwrócić samochód do producenta i domagać się zwrotu pieniędzy.
Niestety, ale cała sprawa została do tego stopnia „zawłaszczona”
przez zielonych półgłówków, że cała dyskusja praktycznie toczyła się o truciu
środowiska a mało kto zwrócił uwagę na prawdziwy morał jaki z niej płynie. A
ten nakazywałby przyjrzeć się istniejącym normom emisji EURO 5, EURO 6 i innym
pod kątem ich restrykcyjności. Wprowadzono je pod naciskiem zielonych półgłówków,
w zasadzie bez zastanowienia nad ich spełnialnością. Skoro tak duży koncern jak
VW musiał naściemniać żeby się do nich dopasować, to warto by się zastanowić
czy są one w ogóle możliwe do spełnienia w warunkach pozalaboratoryjnych. Może
są one już tak wyśrubowane że ich spełnienie bez oszukiwania jest niemożliwe. Z
drugiej strony gdyby jakiś duży koncern ogłosił, że są to normy awykonalne i
nie będzie ich stosować, to natychmiast zielone półgłówki rzuciłyby się na
firmę wyzywając od trucicieli, rakotwórców i zabójców misiów koala. To
skutkowałoby oczywiście uszczerbkiem na wizerunku i spadkiem sprzedaży. Dlatego
koncernom nie pozostało nic innego jak oszustwo i wcale się nie zdziwię jak
okaże się, że inne koncerny też oszukują na tym polu, tylko VW oszukiwał za
słabo więc u nich się wydało.
