"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

wtorek, 20 września 2016

Rok po niebywałym skandalu

Dzisiejszy wpis będzie kontynuacją wpisu „Niebywały skandal” z którym zapoznać się można klikając tutaj: klik

Wynika to z faktu, że Facebook, który prowadzi teraz politykę obchodzenia rocznic dodania tego czy innego postu, przypomniał mi, że rok temu dodałem post z linkiem do artykułu mówiącym o tzw. aferze Volkswagena okraszony moim komentarzem, w którym broniłem niemieckiego koncernu.

Żeby było jasne – marki VW i większości jej podległych nie cierpię (wyjątki stanowią Porshe, Bugatti czy Lamborghini, które należy do Audi, które z kolei należy do grupy VW). Nie cierpię ich za promowanie i ubóstwianie silników diesla, które jak wiadomo są dziełem szatana i są mocniejsze od benzynowych odpowiedników tylko w niskim zakresie obrotów. Ale w całej tej aferze dotyczącej emisji szkodliwych substancji biorę stronę VW z kilku powodów. Po pierwsze, uważam że kupowanie samochodu osobowego z silnikiem wysokoprężnym zalatuje ekonomicznym podejściem do aut, którego nie cierpię. Auto ma dawać frajdę a nie być tanie w eksploatacji. Co z tego, że twój samochód jest ekonomiczny i mniej pali jeśli w ogóle nie odczuwasz przyjemności z jazdy nim. Ale silniki diesla są potrzebne, bo ze względu na swój większy moment w niskim zakresie obrotów doskonale sprawdzają się do napędzania kolumbryn takich jak tiry, autobusy czy lokomotywy spalinowe. Wiadomo przecież że najwięcej powera potrzebne jest w momencie ruszania z miejsca, a wyżej wymienione przykłady nie będą kręcić niezłych osiągów, potrzebują za to dużo mocy by ruszyć z miejsca. Po drugie, cała afera co prawda dotyczyła diesli, ale kto wie czy za chwilę ktoś nie postanowi się doczepić również do benzyniaków, które przecież też kopcą bo jak sama nazwa wskazuje, silnik spalinowy działa w wyniku spalania paliwa i emituje spaliny. Po trzecie, ze względu na wspomnianą konieczność emisji spalin, łączenie jakichkolwiek urządzeń zasilanych silnikiem spalinowym z zagadnieniami ekologii jest kompletną durnotą, bo albo spalamy paliwo, albo cackamy się z ekologią.

Niestety, istnieje mnóstwo organizacji zrzeszających różnych zielonych półgłowków, którym takie dopasowanie kompletnie przeciwnych zagadnień w ogóle nie przeszkadza. I to ich przedstawiciele najgłośniej darli mordy podczas całej tej afery spalinowej, namawiając do linczu na koncernie Volkswagena za „oburzające, hańbiące, bezczelne” i cholera wie jakie jeszcze postępowanie, które w oczach zielonych półgłówków niemal przybrało postać gwałtu na środowisku naturalnym. W ostatnich latach zapanowała moda na tzw. ochronę środowiska i teraz żeby jakaś większa marka czy koncern były cool muszą wykazać że są proekologiczne. I robią to nawet firmy samochodowe, które ze względu na charakter prowadzonej działalności mogą mieć mocno utrudnione zadanie w tym obszarze. Gorzej – nawet jeśli ten czy inny autokoncern nie chce sam bawić się w taką ekogrę, może być przez to zmuszony przez rząd państwa na terenie którego działa lub sprzedaje pojazdy, bo lobby zielonych półgłówków zdążyło już na premierze i ministrach wymusić idiotyczne zmiany w prawie.

Jak daleko może być posunięte takie wymuszanie pokazują przykłady z Niemiec i Norwegii gdzie niedawno wspominano nawet o planowanym całkowitym zakazie rejestrowania aut z silnikami spalinowymi. Całe szczęście protesty przeciwko takim rozwiązaniom w porę sprawiły że pomysłodawcy pieprzneli się w łeb i wycofali z tej durnoty, ale sam fakt że ktoś na coś takiego wpadł świadczy jak niebezpieczne są organizacje zielonych półgłówków. Ci ludzie zwyczajnie terroryzują świat swoimi chorymi interpretacjami dobrej idei. Bo nie ma nic złego  w ekologii, dopóki nie zaczyna ona przybierać wymiarów jakiegoś totalnego absurdu. A to właśnie robią zielone półgłówki – z dobrej i pożytecznej ekologii zrobili sobie narzędzie do utrudniania ludziom życia. Zupełnie jak islamscy terroryści, którzy wzięli sobie Koran, będący sam w sobie całkiem spoko, przeinaczyli to co tam jest napisane i zaczęli mordować ludzi. Tylko że islamistom za ich terror zrzuca się bomby na łby, a zielonym półgłówkom przyklaskuje się że działają słusznie. Bo tacy gadają mi czy nie obawiam się, że moje dzieci i wnuki nie będą miały czym oddychać. Nie, nie boję się. Boję się natomiast, że jak te zielone półgłówki dalej będą traktowane jak wybawiciele a nie terroryści, to moje dzieci lub wnuki nie będą mogły pójść do salonu samochodowego i kupić auta z silnikiem V8 czy V12. Może od razu cofnijmy się w rozwoju cywilizacyjnym i wróćmy do konia. To naturalny środek transportu, który emituje głównie nieszkodliwe substancje. I chrzanić to że nie ma wygodnych foteli, Klimy, radia a nawet dachu, musi wypoczywać co ileśdziesiąt kilometrów, a podróż z Paryża do Bratysławy znów będzie trwała dwa tygodnie. Ważne przecież że to takie ekologiczne.

Przy okazji tej całej afery VW, jeden z ekspertów mechaniki specjalizujący się w budowie silników spalinowych wyjaśnił, że można wskazać trzy parametry: moc, spalanie, emisja szkodliwych substancji. Wpłynąć można na dowolne dwa, trzeci będzie wynikowy. Duża moc i niskie spalanie daje wysoki poziom emisji, chcąc to zmienić i osiągnąć niskie spalanie i niski poziom emisji uzyskamy dużo niższą moc. Nie da się jednocześnie ustalić z góry wszystkich trzech wartości. Ponieważ jednak wielu ludzi ma problem z prawidłowym uszeregowaniem (czego nie rozumiem bo to jest proste), powtórzę po raz nie wiem który: najważniejsza jest moc silnika. To ona zapewnia nam osiągi, przyspieszenie, ma wpływ na tzw. ruszenie. Im więcej mocy tym więcej frajdy, a stare porzekadło mówi, że nie ma nic lepszego niż dużo mocy chyba że jeszcze więcej mocy. Moc przede wszystkim. Drugie jest spalanie. Nie wolno bowiem ograniczać mocy silnika ze względu na spalanie. To tak jakby celowo się głodzić i jeść połowę tego co się powinno tylko dlatego, że ma się potem mniejszą sraczkę. Niemniej jednak, jeżeli istnieje możliwość obniżenia spalania bez uszczerbku na mocy (na przykład poprzez odpowiednią konstrukcję wydechu, czy wydajniejsze filtry), to należy z tej możliwości korzystać, ponieważ mniejsze spalanie, to mniejsze koszty eksploatacji. Co zostaje? Emisja szkodliwych substancji. No cóż, trzeba wreszcie uświadomić ludzi, że aby auto miało właściwe osiągi i w miarę możliwości przystępne spalanie to ekologię szlag trafia. Ten parametr wyreguluje się sam i to na wysokim poziomie ponieważ ze względu na jedyne właściwe uszeregowanie wskazanych elementów, które przedstawiłem powyżej. I sorry bardzo ale jak jakiś zielony półgłówek uważa inaczej to określenie półgłówek jest jak najbardziej na miejscu.

Do Volksvagena można się za te szachermachery przy spalaniu przyczepić. Ale nie ze względu na to, że gdzieś tam wyemitował dużo szkodliwych substancji, a ze względu na tzw. niezgodność produktu z opisem. W teorii można by żądać zwrotu pieniędzy za otrzymanie towaru innego niż ten ze specyfikacji. Dlaczego tylko w teorii. Z tego powodu o którym pisałem w „Niebywałym skandalu”, bo poza zielonymi półgłówkami nikogo poziom emisji wydobywający się z użytkowanego samochodu nie obchodzi. Mało kto w ogóle o tym myśli, jeszcze mniej osób zwraca na to uwagę, a już jakiś śladowy ułamek musiałby się tym tak przejąć, żeby aż zwrócić samochód do producenta i domagać się zwrotu pieniędzy.

Niestety, ale cała sprawa została do tego stopnia „zawłaszczona” przez zielonych półgłówków, że cała dyskusja praktycznie toczyła się o truciu środowiska a mało kto zwrócił uwagę na prawdziwy morał jaki z niej płynie. A ten nakazywałby przyjrzeć się istniejącym normom emisji EURO 5, EURO 6 i innym pod kątem ich restrykcyjności. Wprowadzono je pod naciskiem zielonych półgłówków, w zasadzie bez zastanowienia nad ich spełnialnością. Skoro tak duży koncern jak VW musiał naściemniać żeby się do nich dopasować, to warto by się zastanowić czy są one w ogóle możliwe do spełnienia w warunkach pozalaboratoryjnych. Może są one już tak wyśrubowane że ich spełnienie bez oszukiwania jest niemożliwe. Z drugiej strony gdyby jakiś duży koncern ogłosił, że są to normy awykonalne i nie będzie ich stosować, to natychmiast zielone półgłówki rzuciłyby się na firmę wyzywając od trucicieli, rakotwórców i zabójców misiów koala. To skutkowałoby oczywiście uszczerbkiem na wizerunku i spadkiem sprzedaży. Dlatego koncernom nie pozostało nic innego jak oszustwo i wcale się nie zdziwię jak okaże się, że inne koncerny też oszukują na tym polu, tylko VW oszukiwał za słabo więc u nich się wydało.