Przed chwilą dotarła do mnie informacja, że posłowie pracują
nad zmianą przepisów o ruchu drogowym, likwidując m.in. margines 10 km/h, o
które można było przekroczyć dopuszczalną prędkość aby nie zostać ukaranym
mandatem.
Tak akurat się składa, że jesteśmy parę dni po wyborach do
Europarlamentu. Przy tej okazji dało się usłyszeć w telewizji nieco o pracy
takich europosłów, oraz o paru absurdach, które w ostatnich latach
urzeczywistnili, a których symbolem stało się prostowanie bananów i ochrzczenie
ślimaków rybami lądowymi. W polskiej polityce przypadków ustanawiania absurdalnych
przepisów nie brakuje. Oba te elementy skłaniają do zastanowienia się, czy aby
ludzie odpowiedzialni za uchwalanie prawa nie dostają dodatku do pensji za
wymyślenie lub przeforsowanie jakiejś totalnej durnoty.
Zaczniemy od rozpatrzenia twierdzenia autorstwa nieznanego „geniusza”
który stwierdził kiedyś, że prędkość zabija. Zapewne był to „tzw. humanista” a
inni „tzw. humaniści” w to uwierzyli i tak oto od wielu lat w społeczeństwie taka
bzdura sobie żyje i do tego wielu się z nią zgadza.
Po pierwsze. Jak można stwierdzić, że prędkość zabija skoro
każdemu obiektowi na ziemi, można przypisać wektor prędkości v, którego wartość
będzie miarą prędkości wyrażoną w jednostkach w których ma być mierzona.
Obiekty znajdujące się w spoczynku, też posiadają swoją prędkość, a to że jest
ona równa 0 km/h to już nikomu nie przeszkadza. Ale może autor twierdzenia miał
na myśli wektory niezerowe, choć nawet jeśli, to nie miał pojęcia, że o takowe
mu właśnie chodzi.
Weźmy sobie samochód poruszający się z niezerową prędkością
3 km/h. W myśl twierdzenia prędkość (niezerowa) zabija, jest to obiekt
niebezpieczny ponieważ można mu przypisać niezerowy wektor prędkości. Wobec
tego, każdy poruszający się samochód jest niebezpieczny, ponieważ porusza się z
niezerową prędkością która zabija. Gdyby doprowadzić do sytuacji, w której
żaden samochód nie stanowi zagrożenia, wówczas wszystkie musiałby pozostawać w
spoczynku, co raczej nie służy wypełnianiu roli środka transportu.
Ale rozważny teraz inny przypadek. Samochód jedzie z
prędkością 210 km/h, która zabija. Dla porównania, fotony – kwanty pola elektromagnetycznego
(w tym światła widzialnego) poruszają się z prędkością około 300.000 km/s. Taka
prędkość dopiero musi zabijać, a mimo to okazuje się, że nie udokumentowano
dotychczas żadnego przypadku, aby ktoś zmarł, w wyniku obrażeń powstałych po
włączeniu światła, o ile miał sprawną instalację elektryczną.
Czy zatem prędkość zabija? Nie, nie zabija, prędkość to wielkość
wektorowa określająca zmianę położenia w jednostce czasu. Palenie zabija, nie
prędkość.
Co zatem sprawia, że ludzie wierzą, że prędkość zabija? Bo
stworzyli takie coś jak „wiadomo o co chodzi”. A chodzi o to, że samochód jest
ciężki wiec dlatego jest niebezpieczny. Fakt – foton ma masę spoczynkową równą
0, samochód osobowy różnie od 1 tony do 2-2,5. Co prawda nikt jeszcze nie
stwierdził, że „masa zabija” ale pośrednio tak się tłumaczy, dlaczego światło
nie stanowi śmiertelnego zagrożenia a samochód tak.
A teraz historia z życia wzięta (zwłaszcza z życia w
Polsce). Zataczający się menel, idąc chodnikiem traci równowagę. Przewraca się
i wpada na zaparkowany samochód o masie spoczynkowej 1,5 tony… podnosi się i
idzie dalej. I to pomimo zderzenia z ciężkim pojazdem. Oczywiście może się
zdarzyć, że tak niefortunnie upadnie, że kaput, ale generalnie upadając
niefortunnie na dużo lżejszą płytę chodnikową również może kaput.
Co zatem zabija? Gdzie leży przyczyna niekończącej się degręgolady
żeby jeździć wolniej, jeździć wolniej… pff. Pęd jest odpowiedzią na to pytanie.
Pęd, czyli iloczyn prędkości i masy obiektu, wyrażony w Newtonach, będącego
miarą energii zderzenia w takcie kolizji. Czy to miał na myśli ten „tzw
humanista”? Pewnie tak, ale jako że nie uważał na fizyce to sadził farmazony o
prędkości.
Przychylmy się zatem do zwolenników metody obniżania
dopuszczalnej prędkości jako środka na poprawę bezpieczeństwa na drogach.
Patrząc z punktu widzenia fizyki, wartość pędu jako iloczynu prędkości i masy zmaleje
w skutek zmniejszenia wartości jednego z czynników iloczynu.
A dlaczego nikt nie zaproponuje, żeby wywalić z pojazdu
tylną kanapę, fotel pasażera, deskę rozdzielczą, radio, elementy tapicerki,
dywaniki, pasy bezpieczeństwa i cała resztę niepotrzebnych pierdół i zostawić
tylko samą czerupę z kierownicą, podłogą bez dywaników gdzie widać miejsca
spoin łączących i fotel kierowcy bez obicia? Od razu zmaleje masa pojazdu, co
obniży wartość pędu w trakcie jazdy, co przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa
i tak dalej. Bo czemu całą odpowiedzialność zwalać na ogranicznik prędkości
ustawiony dużo dalej granicy przepisowej prędkości jazdy?
Jeżeli obniżenie dopuszczalnej prędkości jazdy faktycznie
wpływałoby na poprawę bezpieczeństwa, to pomysł taki byłby całkiem sensowny. Jeżeli
by wpływało. Ale nie wpłynie i sprowadzanie wszystkiego do krótszej drogi hamowania
i mniejszej ewentualnej siły zderzenia jest tak samo płytkie jak myślenie, że
ludzie na drugiej półkuli chodzą do góry nogami.
Obowiązująca na znakomitej większości odcinków drogowych w
Polsce, prędkość maksymalna równa 50 km/h to spacer za kółkiem. To wleczenie
się po drodze. Czy prędkość taka może zmusić kierowcę do nieustannej czujności,
zwanej w kodeksie ruchu drogowego „zachowaniem szczególnej ostrożności”? No
oczywiście, że nie. Jedziemy więc 50, w aucie gra radio, szumi klimatyzacja. Prowadzący
pojazd trzyma kierownicę jedną ręką lub dwoma palcami. Drugą rękę ma na
podłokietniku, lub rancie drzwi. Sam rozgląda się na wszystkie strony, zerka na
telefon, zmienia stacje radiowe, reguluje klimatyzację, rozmawia z pasażerami
Jest można powiedzieć wyjątkowo skupiony… na wszystkim poza jazdą. Wiem co
mówię, znam to z autopsji, wiem jak wygląda moja jazda 50.
A jak jadę 120 km/h trasą szybkiego ruchu? To wtedy już
radio nie bębni jak kościelne dzwony na Anioł Pański, telefon leży gdzieś z boku, biegi zmieniam szybko, by móc
jak najszybciej znów chwycić kierownicę oburącz w celu pełnej kontroli nad
autem. Oczy mam szeroko otarte, umysł w pełni skupiony na drodze przed sobą i
innych pojazdach na około. Dlaczego? Bo przy takiej prędkości, każdy błąd może
być opłakany w skutkach, więc moja uwaga skupiona jest NA PRO-WA-DZE-NIU! Czy
naprawdę tak ciężko zrozumieć, że bezpieczeństwo na drodze to nie jest droga
hamowania pojazdu, ale poziom koncentracji kierowcy, który nim kieruje.
Skoncentrowany kierowca zdecydowanie szybciej reaguje na wydarzenia. Dlaczego
Ci co chcą obyć odpowiedzialni za bezpieczeństwo ruchu drogowego, mają tak
banalne myślenie i dostrzegają wyłącznie fizyczne aspekty prowadzenia auta,
pomijając elementy psychologiczne driverów? Nie ma takiego ESP, wspomagania
hamowania i innych elektronicznych zabawek, które będą w stanie wyeliminować
ryzyko płynące z nieodpowiedzialnej postawy za kierownicą, tak jak nie ma
przypadku w tym, że zdecydowanie większy odsetek wypadków drogowych ma miejsce
na terenach zabudowanych gdzie obowiązuje 50, niż na autostradach gdzie można
jeździć 130.
Ponieważ jednak uznano, że dekoncentracja kierowców jest
nadal zbyt wysoka, wymyślono kolejną durnotę, czyli likwidację bufora nagięcia
przepisów o prędkości maksymalnej. Pomysł jest taki: jak się jedzie 50 km/h w
zabudowanym to jest spoko, ale jak się jedzie 52 km/h w tym samym miejscu to
popełnia się wykroczenie. No więc trzeba drobiazgowo pilnować by wskazówka
prędkościomierza nie przekroczyła kreski, więc jedziemy nie
patrząc na drogę,
ale na pulpit zegarów. Od razu będzie bezpieczniej. Po co zatem przepisy
dotyczące przepuszczalności światła przez fole przyciemniające szyby, skoro
nikt nie będzie już przez nie wyglądał. Wszyscy będą się gapić na speedometer.
Po kolejne. Prędkość samochodu wyliczana jest na podstawie
pomiaru zmiany strumienia magnetycznego obracającego się wału silnika. Jest
więc obarczona drobnym błędem. Niech mi zatem ktoś wytłumaczy, jak bardzo
poprawi się bezpieczeństwo na drogach, gdy na widok radiowozu i gościa z
suszarą, kierowca przestanie myśleć o czymkolwiek innym, a będzie się
zastanawiał, co jeżeli jego prędkościomierz wskazuje 50 km/h, a urządzenie „pana
władzy” wyświetla 50,000002 km/h? Na pewno taki totalnie zestresowany kierowca
stanowi mniejsze zagrożenie od zestresowanego umiarkowanie.
Podobnego pokroju debilizmów jest bez liku. Pomysł –
groteska po wydarzeniach w Kamieniu Pomorskim – obowiązkowy alkomat w każdym
pojeździe. Nie ma wątpliwości, że jego obecność powstrzyma narąbanego w trzy
dupy kierowcę, przed wyruszeniem w trasę. Jedyne co to obecność tego miernika w
schowku zwiększy masę pojazdu, co negatywnie wpłynie na wartość pędu i tak
dalej i tak dalej.
Psychologowie mówią, że jeżeli ktoś chce popełnić zły
uczynek, to prawdopodobieństwo że się na to finalnie zdecyduje jest mniejsze,
jeżeli w zasięgu jego wzroku znajduje się lustro. Obserwacja bowiem samego
siebie, podczas popełniania czynu niewłaściwego, potęguje wyrzuty sumienia.
W samochodzie lusterka są aż 3, czasem 5 (w podsufitowych
zasłonach przeciwsłonecznych), czasem 7 (dodatkowo w zagłówkach przednich
foteli, dla pasażerów z tyłu). Mimo to jesteśmy liderem w Europie gdy mowa o
liczbie wypadków spowodowanych pod wpływem. Nie ulega więc wątpliwości, że
schowany głęboko alkomat, będzie lekiem na całe zło, skoro obecność lusterek
nic nie daje.
Niestety, będąc w wieku 26 lat i oglądając kolejne
propozycje zmian dla bezpieczeństwa ruchu, zastanawiam się, czy kiedykolwiek dożyję,
jakiejś sensownej i skutecznej nowelizacji w tym obszarze prawa.








