"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

piątek, 30 maja 2014

Bezpieczeństwo to podstawa


Przed chwilą dotarła do mnie informacja, że posłowie pracują nad zmianą przepisów o ruchu drogowym, likwidując m.in. margines 10 km/h, o które można było przekroczyć dopuszczalną prędkość aby nie zostać ukaranym mandatem.

Tak akurat się składa, że jesteśmy parę dni po wyborach do Europarlamentu. Przy tej okazji dało się usłyszeć w telewizji nieco o pracy takich europosłów, oraz o paru absurdach, które w ostatnich latach urzeczywistnili, a których symbolem stało się prostowanie bananów i ochrzczenie ślimaków rybami lądowymi. W polskiej polityce przypadków ustanawiania absurdalnych przepisów nie brakuje. Oba te elementy skłaniają do zastanowienia się, czy aby ludzie odpowiedzialni za uchwalanie prawa nie dostają dodatku do pensji za wymyślenie lub przeforsowanie jakiejś totalnej durnoty.

Zaczniemy od rozpatrzenia twierdzenia autorstwa nieznanego „geniusza” który stwierdził kiedyś, że prędkość zabija. Zapewne był to „tzw. humanista” a inni „tzw. humaniści” w to uwierzyli i tak oto od wielu lat w społeczeństwie taka bzdura sobie żyje i do tego wielu się z nią zgadza.

Po pierwsze. Jak można stwierdzić, że prędkość zabija skoro każdemu obiektowi na ziemi, można przypisać wektor prędkości v, którego wartość będzie miarą prędkości wyrażoną w jednostkach w których ma być mierzona. Obiekty znajdujące się w spoczynku, też posiadają swoją prędkość, a to że jest ona równa 0 km/h to już nikomu nie przeszkadza. Ale może autor twierdzenia miał na myśli wektory niezerowe, choć nawet jeśli, to nie miał pojęcia, że o takowe mu właśnie chodzi.

Weźmy sobie samochód poruszający się z niezerową prędkością 3 km/h. W myśl twierdzenia prędkość (niezerowa) zabija, jest to obiekt niebezpieczny ponieważ można mu przypisać niezerowy wektor prędkości. Wobec tego, każdy poruszający się samochód jest niebezpieczny, ponieważ porusza się z niezerową prędkością która zabija. Gdyby doprowadzić do sytuacji, w której żaden samochód nie stanowi zagrożenia, wówczas wszystkie musiałby pozostawać w spoczynku, co raczej nie służy wypełnianiu roli środka transportu.

Ale rozważny teraz inny przypadek. Samochód jedzie z prędkością 210 km/h, która zabija. Dla porównania, fotony – kwanty pola elektromagnetycznego (w tym światła widzialnego) poruszają się z prędkością około 300.000 km/s. Taka prędkość dopiero musi zabijać, a mimo to okazuje się, że nie udokumentowano dotychczas żadnego przypadku, aby ktoś zmarł, w wyniku obrażeń powstałych po włączeniu światła, o ile miał sprawną instalację elektryczną.

Czy zatem prędkość zabija? Nie, nie zabija, prędkość to wielkość wektorowa określająca zmianę położenia w jednostce czasu. Palenie zabija, nie prędkość.

Co zatem sprawia, że ludzie wierzą, że prędkość zabija? Bo stworzyli takie coś jak „wiadomo o co chodzi”. A chodzi o to, że samochód jest ciężki wiec dlatego jest niebezpieczny. Fakt – foton ma masę spoczynkową równą 0, samochód osobowy różnie od 1 tony do 2-2,5. Co prawda nikt jeszcze nie stwierdził, że „masa zabija” ale pośrednio tak się tłumaczy, dlaczego światło nie stanowi śmiertelnego zagrożenia a samochód tak.

A teraz historia z życia wzięta (zwłaszcza z życia w Polsce). Zataczający się menel, idąc chodnikiem traci równowagę. Przewraca się i wpada na zaparkowany samochód o masie spoczynkowej 1,5 tony… podnosi się i idzie dalej. I to pomimo zderzenia z ciężkim pojazdem. Oczywiście może się zdarzyć, że tak niefortunnie upadnie, że kaput, ale generalnie upadając niefortunnie na dużo lżejszą płytę chodnikową również może kaput.

Co zatem zabija? Gdzie leży przyczyna niekończącej się degręgolady żeby jeździć wolniej, jeździć wolniej… pff. Pęd jest odpowiedzią na to pytanie. Pęd, czyli iloczyn prędkości i masy obiektu, wyrażony w Newtonach, będącego miarą energii zderzenia w takcie kolizji. Czy to miał na myśli ten „tzw humanista”? Pewnie tak, ale jako że nie uważał na fizyce to sadził farmazony o prędkości.

Przychylmy się zatem do zwolenników metody obniżania dopuszczalnej prędkości jako środka na poprawę bezpieczeństwa na drogach. Patrząc z punktu widzenia fizyki, wartość pędu jako iloczynu prędkości i masy zmaleje w skutek zmniejszenia wartości jednego z czynników iloczynu.

A dlaczego nikt nie zaproponuje, żeby wywalić z pojazdu tylną kanapę, fotel pasażera, deskę rozdzielczą, radio, elementy tapicerki, dywaniki, pasy bezpieczeństwa i cała resztę niepotrzebnych pierdół i zostawić tylko samą czerupę z kierownicą, podłogą bez dywaników gdzie widać miejsca spoin łączących i fotel kierowcy bez obicia? Od razu zmaleje masa pojazdu, co obniży wartość pędu w trakcie jazdy, co przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa i tak dalej. Bo czemu całą odpowiedzialność zwalać na ogranicznik prędkości ustawiony dużo dalej granicy przepisowej prędkości jazdy?

Jeżeli obniżenie dopuszczalnej prędkości jazdy faktycznie wpływałoby na poprawę bezpieczeństwa, to pomysł taki byłby całkiem sensowny. Jeżeli by wpływało. Ale nie wpłynie i sprowadzanie wszystkiego do krótszej drogi hamowania i mniejszej ewentualnej siły zderzenia jest tak samo płytkie jak myślenie, że ludzie na drugiej półkuli chodzą do góry nogami.

Obowiązująca na znakomitej większości odcinków drogowych w Polsce, prędkość maksymalna równa 50 km/h to spacer za kółkiem. To wleczenie się po drodze. Czy prędkość taka może zmusić kierowcę do nieustannej czujności, zwanej w kodeksie ruchu drogowego „zachowaniem szczególnej ostrożności”? No oczywiście, że nie. Jedziemy więc 50, w aucie gra radio, szumi klimatyzacja. Prowadzący pojazd trzyma kierownicę jedną ręką lub dwoma palcami. Drugą rękę ma na podłokietniku, lub rancie drzwi. Sam rozgląda się na wszystkie strony, zerka na telefon, zmienia stacje radiowe, reguluje klimatyzację, rozmawia z pasażerami Jest można powiedzieć wyjątkowo skupiony… na wszystkim poza jazdą. Wiem co mówię, znam to z autopsji, wiem jak wygląda moja jazda 50.

A jak jadę 120 km/h trasą szybkiego ruchu? To wtedy już radio nie bębni jak kościelne dzwony na Anioł Pański, telefon leży  gdzieś z boku, biegi zmieniam szybko, by móc jak najszybciej znów chwycić kierownicę oburącz w celu pełnej kontroli nad autem. Oczy mam szeroko otarte, umysł w pełni skupiony na drodze przed sobą i innych pojazdach na około. Dlaczego? Bo przy takiej prędkości, każdy błąd może być opłakany w skutkach, więc moja uwaga skupiona jest NA PRO-WA-DZE-NIU! Czy naprawdę tak ciężko zrozumieć, że bezpieczeństwo na drodze to nie jest droga hamowania pojazdu, ale poziom koncentracji kierowcy, który nim kieruje. Skoncentrowany kierowca zdecydowanie szybciej reaguje na wydarzenia. Dlaczego Ci co chcą obyć odpowiedzialni za bezpieczeństwo ruchu drogowego, mają tak banalne myślenie i dostrzegają wyłącznie fizyczne aspekty prowadzenia auta, pomijając elementy psychologiczne driverów? Nie ma takiego ESP, wspomagania hamowania i innych elektronicznych zabawek, które będą w stanie wyeliminować ryzyko płynące z nieodpowiedzialnej postawy za kierownicą, tak jak nie ma przypadku w tym, że zdecydowanie większy odsetek wypadków drogowych ma miejsce na terenach zabudowanych gdzie obowiązuje 50, niż na autostradach gdzie można jeździć 130.

Ponieważ jednak uznano, że dekoncentracja kierowców jest nadal zbyt wysoka, wymyślono kolejną durnotę, czyli likwidację bufora nagięcia przepisów o prędkości maksymalnej. Pomysł jest taki: jak się jedzie 50 km/h w zabudowanym to jest spoko, ale jak się jedzie 52 km/h w tym samym miejscu to popełnia się wykroczenie. No więc trzeba drobiazgowo pilnować by wskazówka prędkościomierza nie przekroczyła kreski, więc jedziemy nie
patrząc na drogę, ale na pulpit zegarów. Od razu będzie bezpieczniej. Po co zatem przepisy dotyczące przepuszczalności światła przez fole przyciemniające szyby, skoro nikt nie będzie już przez nie wyglądał. Wszyscy będą się gapić na speedometer.

Po kolejne. Prędkość samochodu wyliczana jest na podstawie pomiaru zmiany strumienia magnetycznego obracającego się wału silnika. Jest więc obarczona drobnym błędem. Niech mi zatem ktoś wytłumaczy, jak bardzo poprawi się bezpieczeństwo na drogach, gdy na widok radiowozu i gościa z suszarą, kierowca przestanie myśleć o czymkolwiek innym, a będzie się zastanawiał, co jeżeli jego prędkościomierz wskazuje 50 km/h, a urządzenie „pana władzy” wyświetla 50,000002 km/h? Na pewno taki totalnie zestresowany kierowca stanowi mniejsze zagrożenie od zestresowanego umiarkowanie.

Podobnego pokroju debilizmów jest bez liku. Pomysł – groteska po wydarzeniach w Kamieniu Pomorskim – obowiązkowy alkomat w każdym pojeździe. Nie ma wątpliwości, że jego obecność powstrzyma narąbanego w trzy dupy kierowcę, przed wyruszeniem w trasę. Jedyne co to obecność tego miernika w schowku zwiększy masę pojazdu, co negatywnie wpłynie na wartość pędu i tak dalej i tak dalej.

Psychologowie mówią, że jeżeli ktoś chce popełnić zły uczynek, to prawdopodobieństwo że się na to finalnie zdecyduje jest mniejsze, jeżeli w zasięgu jego wzroku znajduje się lustro. Obserwacja bowiem samego siebie, podczas popełniania czynu niewłaściwego, potęguje wyrzuty sumienia.

W samochodzie lusterka są aż 3, czasem 5 (w podsufitowych zasłonach przeciwsłonecznych), czasem 7 (dodatkowo w zagłówkach przednich foteli, dla pasażerów z tyłu). Mimo to jesteśmy liderem w Europie gdy mowa o liczbie wypadków spowodowanych pod wpływem. Nie ulega więc wątpliwości, że schowany głęboko alkomat, będzie lekiem na całe zło, skoro obecność lusterek nic nie daje.

Niestety, będąc w wieku 26 lat i oglądając kolejne propozycje zmian dla bezpieczeństwa ruchu, zastanawiam się, czy kiedykolwiek dożyję, jakiejś sensownej i skutecznej nowelizacji w tym obszarze prawa.

czwartek, 22 maja 2014

Żyłka hazardzisty (powiedzmy)



Na początku bierzemy pod uwagę dwa związki chemiczne – wodę i glikol. Woda zamarza w temperaturze zera stopni Celcjusza, glikol to alkohol polihydroksylowy, co sprawia że w Polsce nie zamarza bo nie zdąża. Z reguły pochłaniany jest przez koneserów tanich trunków, którzy skutecznie obalają tezę o jego szkodliwości dla organizmu. Jednak poza granicami Polski, głownie na zachód glikol zamarza w temperaturze -13 stopni Celcjusza. Generalnie szału nie ma. Lecz po utworzeniu z tych dwóch elementów mieszaniny jednorodnej, wodne związki glikolu są w stanie nie zamarzać nawet przy -35 stopniach Celciusza.

Powyższe zjawisko można zobrazować wieloma innymi przykładami, często łączenie polimerów o różnych właściwościach pozwala otrzymać nowy materiał o ciekawych właściwościach nie będących sumą właściwości jego składników w proporcji zgodniej ze stosunkiem dozowania każdego z nich. Jest to tzw efekt synergii, w którym właściwości wynikowe elementu wielokoskładnikowego są odmienne od właściwości wszystkich jego składników.

kliknij żeby powiększyć
Polacy lubią efekt synergii. Ich natura kombinatora, plus niczym nieuzasadniony impulsywny optymizm sytuacyjny do tego „no risk, no fun” na odwagę dają w połączeniu tak potężny efekt synergii, że powstaje gotowy przepis na niepochamowaną chęć bakructwa.

1.       Gry liczbowe
Totalizator sportowy, będący właścicielem LOTTO specjalizuje się w robieniu niektórym wody z mózgu. Istnieje gdzieś w ludziach przekonanie, że trochę hazardu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a los tani więc można spróbować. Inwestują oni gdzieś tam wyskrobane z zakamarków portfela 3 PLN na los, choć mało komu ta inwestycja się zwróciła. W ogólności mało kto rozpatruje zakłady z punktu widzenia biznesowego, 3 PLN nie wygląda strasznie a w perspektywie ogromnej wygranej może stać się zbawienne. W rzeczywistości nałogowy LOTTO player, grający codziennie od kilku lat, jak już wygra te 100 tysięcy to dopiero po odjęciu kosztów poniesionych na zakup wszystkich zakładów wychodzi na zero. Nawet jeżeli po drodze notował drobniejsze wygrane.

Taktyki skreśleń liczb, jak to je nazywają sami skreślający, są różne. Jedni przez 40 lat skreślają te
same cyfry, drudzy opierają się na datach urodzin, ślubów i nie wiadomo czego jeszcze, kolejni stosują astrologię, numerologię i moce nadprzyrodzone i szukają w gwiazdach odpowiedzi na pytanie, jaki będzie wynik losowania. Potem siedzą przed telewizorem śledząc losowanie, obiecują że więcej nie będą grać, po czym próbują ponownie.

Nie wiem skąd w ludziach bierze się chęć walki z żelaznymi zasadami matematyki, która na dodatek często oparta jest na dziwnych przekonaniach o braku przypadkowości zdarzeń i tego, że wszystko ma jakiś cel. Gdyby takim ludziom w wyniku splotu różnych wydarzeń spadło na głowę kowadło, uznaliby że to nie wypadek, to przeznaczenie. Jabłko które rypło Newtona w baniak to też było przeznaczenie. I nie miało tu znaczenia, że siedział pod jabłonią, bo po prostu gdzieś tam było mu kiedyś pisane, że ma oberwać applem w cymbał.
Generalnie kiedy już nastąpi zwolnienie blokady to obracający się bęben maszyny losującej staje się narzędziem ślepego losu, by przeznaczeniu stało się zadość. Mało kto zdaje sobie sprawę że to przeznaczenie da się opisać w parametrach statystycznych i w rzeczywistości przeznaczenie staje się prawdopodobieństwem (też na „p”).

Nie trzeba być Newtonem, ani nie trzeba przyjmować jabłka na banię żeby dojść do matematycznych wniosków w oparciu o wiedzę licealną ze statystyki, której większość nie posiada, albo po prostu zastanowić się chwilę by zauważyć że prawdopodobieństwo wygranej jest raczej marne.

Ale skoro już mowa o Newtonie to całość problemu szans opiszemy przy wykorzystaniu dwumianu Newtona zgodnie z którym potęgę wielomianu (x+y)^n można zapisać jako sumę jednomianów w postaci ax^k*y^(n-k). Dzięki temu prostemu twierdzeniu policzymy sobie dlaczego prędzej kaktus na dłoni wyrośnie niż wygra się w totka.

Bez przedłużania – każdy powinien wiedzieć (ale raczej nie każdy wie) że prawdopodobieństwo trafienia x liczb z 6 wylosowanych z puli 49 opisane jest wzorem:


Dlaczego tak jest – jak ktoś jest dociekliwy to odsyłam do wykładów z matematyki (nie będę wszystkiego tłumaczył). 
 
Wiadomo również (z tych samych źródeł) że:
 
W tym momencie mamy już komplet informacji aby przekonać się, że trafienie szóstki to wyczyn bez precedensu.

Poniżej można sobie zobaczyć jaka jest szansa, że „przeznaczenie” będzie zgodne z naszymi oczekiwaniami (1):

kliknij se na to ludziu, żeby cokolwiek zobaczyć
W zaistniałej sytuacji wychodzi na to, że zamiast trafiać szóstkę w totka, żeby do końca życia spędzać czas na Kanarach, lepiej będzie usiąść pod jabłonią, oberwać jabłkiem w łeb, odkryć jakieś nowe prawo ciążenia 2, dostać Nobla i dopiero planować dożywotni urlop. Mniej nerwów, po prostu.


1.       Zakłady bukmacherskie
Kolejne instytucje z serii „dzieło szatana”, które dybią na kasę fanów teorii przeznaczeń albo pseudoekspertów sportowych.

Kiedyś modne było obstawianie wyścigów konnych, gdzie ludziska za pieniądze obstawiali zakłady, który „kuń” szybciej będzie miał dość drącego japę dżokeja, krzyczącego „szybciej, szybciej” i dla świętego spokoju pierwszy przybiegnie do mety.

Obecnie w wydarzeniach sportowych obstawiać można wszystko, od wyników końcowych, przez możliwe sytuacje w trakcie, do koloru gaci w których Kliczko wyskoczy w niedziele na ring by obić komuś mordę.

Ograniczające się kiedyś głównie do wskazania zwycięzcy zakłady były przez lata skrupulatnie rozbudowywane. Dziś nie obstawia się tylko zwycięzcy meczu, można obstawiać ile bramek strzeli gospodarz, jaka będzie różnica bramek, kto pierwszy trafi, kto pierwszy dostanie żółtą kartkę i w której minucie. Są też zakłady długodystansowe, gdzie w sierpniu obstawia się kto zostanie mistrzem Polski w czerwcu następnego roku. Dla ambitnych jest też wariant wakacyjny w przykładowym wydaniu „czy Luis Suarez przejdzie tego lata do Realu Madryt”.

Taktyki wypełniania kuponów są bardziej ustabilizowane niż w LOTTO, głównie dlatego, że wydarzeniami sportowymi rządzi dużo mniejsza doza przypadku. Generalnie możliwe jest, że Wyspy Owcze pokonają reprezentację Niemiec, ale jakoś nie za często widuje się kupony ze wskazaniem na tych pierwszych. Niemniej jednak istnieje taktyka „na przypał”, która nie różni się wiele od gry w
totka. Jest to taktyka ludzi, którzy mając przy sobie ostatnie zaskórniaki, obstawiają 3 kupony rozsądnie i ostatni kupon deliryczny. Jest to kupon, gdzie wpłacając 2 PLN, w przypadku wygranej otrzymujemy 6393,78 PLN, pod warunkiem że obstawimy remis w walce bokserskiej, eksplozję skrzyni biegów w bolidzie Hamiltona i zwycięstwo Wysp Owczych nad Niemcami… oczywiście różnicą minimum 3 bramek. Paradoks kuponów – deliryków polega na tym, że one najczęściej wygrywają.

Drugi wariant to rzecz jasna obstawianie z głową, które nie gwarantuje tak wysokich kokosów, bo opiera się o racjonalny wybór rezultatu. Różnicuje się stopień drobiazgowości analizy grającego w stosunku do obstawianych eventów. Jedni znają się na dyscyplinie i obstawiają zgodnie z logiką, inni przychodzą z zeszytem A4 gdzie mają zapisane, kto i w której drużynie nie zagra za kartki, jaka będzie wysokość murawy i jej odbojność, oraz czy badacze zjawisk paranormalnych nie przewidują inwazji Marsjan w okolicach stadionu.

Aby zrozumieć istotę działania zakładów bukmacherskich trzeba zauważyć że kursy na faworytów są tak niskie, że aby wygrać jakąś sensowną kwotę trzeba obstawić sporo wyników. Za tym idzie oczywiście ryzyko pomyłki, ponieważ jeden błędnie obstawiony event i kupon szlag trafia. A tu już akurat rządzi czysta statystyka, której nie chce mi się omawiać, bo w ogólnym ujęciu jest zbliżona do tej, która obowiązuje w LOTTO. Im większa kasa tym większe ryzyko.
To co najbardziej doprowadza ludzi do szewskiej pasji, to tzw. pewniak. Pewniak jest to kupon mega asekuracyjny gdzie w meczu między Niemcami a Wyspami Owczymi, nie obstawia się zwycięstwa Niemiec ale zaznacza się że Niemcy nie przegrają. Mianem tym określa się te kupony, gdzie schemat obstawień jest tak dobrany, by nie istniało jakiekolwiek racjonalne wyjaśnienie na jego nietrafność.

Pewniak jest niskodochodowy, więc albo gra się za większą kasę, albo obstawia się dużo wyników. Tak czy owak, pewniaki mają to do siebie, że nie wchodzą bo jakiś tłumok potknie się przy wykonywaniu karnego i zamiast zwycięstwa faworyta będzie remis. Błąd pewniaka powoduje frustrację u grającego, bo przecież miało być pięknie, a tylko stracił on kasę. W konsekwencji grający pała rządzą zemsty na zakładzie, więc znów idzie obstawiać, bo nie godzi się aby ktoś zarabiał jego kosztem. Zakład bukmacherski ma więc stałego naiwniaka, który notorycznie będzie zostawiał u nich trochę kasy. A co jak wygra jakąś większą kwotę? To również świetnie, bo dojdzie do wniosku, że skoro mu tak świetnie idzie to będzie obstawiał dalej, aż do przehulania całej wygranej.

2.       Konkursy sms
Ta forma naciągactwa cieszy się dużą popularnością wśród naciągaczy, ze względu na to, że jest tania, łatwa w realizacji i pozwala jednocześnie zagiąć parol na portfele wielu klientów sieci komórkowych. Dostaje się wiadomość z pytaniem konkursowym a następnie aby wziąć udział w losowaniu należy wysłać odpowiedź na 7484 za 11,49 plus vat. Aby zwiększyć swoje szanse najlepiej jest wysłać od razu pięć. Wielu, którzy postanowili szczęściu pomóc nie tylko nie rozmnożyło w ten sposób wydanej kasiory ale już jej w życiu na oczy nie widziało.

Pytanie z reguły jest tak ułożone by każdy kto otrzyma sms miał szansę na poprawną odpowiedź, bez
względu na stan posiadanej wiedzy. Zazwyczaj należy odpowiedzieć jakiego koloru jest żółty motyl a) zielony b) żółty c) seledynowy z lekką nutką dekadencji. Zupełnie odmienną sprawą jest to, że poprawna odpowiedź to pojęcie względne, ponieważ każda z tych odpowiedzi jest poprawna. Bo tu nie chodzi o to by zorganizować konkurs, tylko by sprzątnąć kasę od jak największej liczby naiwniaków.

Z reguły zatem nie kończy się na pojedynczej sekwencji wiadomość – odpowiedź, ale jest to dopiero gra wstępna. Potem przychodzą kolejne sms’y z równie durnymi pytaniami w treści, na które odpowiedzieć trzeba by utrzymać się w grze. Możliwe nawet, że na końcu ktoś tam wygrywa tą kasę co jest do wygrania, ewentualnie samochód. Reszta w większości spróbuje jeszcze raz przy następnej okazji.

3.       Synergy power
Istota całej rzeczy sprowadza się do próby osiągnięcia efektu American Dream. Odmienić swój los szybko, skutecznie i tanim kosztem. Polacy kombinowanie co zrobić, żeby zarobić a się nie narobić mają we krwi. 
Pierwszy bodziec to szybki i łatwy zarobek. Inwestujemy parę groszy, wykonujemy kilka prostych operacji i dostajemy równowartość RR Phantom’a. To skuteczny lep, bo niewiele jest do stracenia a wiele do zyskania.

Drugi bodziec to niewielki jednorazowy wydatek, bo każdorazowe wzięcie udziału w zabawie nie wiąże się ze stosunkowo dużymi kosztami. Duże w tym wszystkim mają być tylko zyski.  Mało kto kalkuluje jaki jest sumaryczny poniesiony koszt wszystkich straconych szans. Kup codziennie los za 3 PLN, to rocznie zejdzie Ci 3 PLN * 6 dni (bo w niedzielę nieczynne) * 52 tygodnie w roku daje 936 PLN na samo opłacanie straconej nadziei trafienia na listy FORBS’a.

Bodziec trzeci to bezmyślność, która nawet przy pewnym już doświadczeniu życiowym (w końcu grać wolno dopiero od 18 roku życia) pozwala myśleć, że ktoś da nam coś za prawie darmo, jeszcze bez większego wysiłku. Ludziom wydaje się że ponoszą koszty niewielkie, co ich napędza. Mało kto zastanowi się uprzednio, że gdyby organizatorowi nie opłacało się pobierać tak niewielką kwotę, to albo by ją podniósł albo zmienił branżę. Tym bardziej nikt nie próbuje dopatrywać się gdzieś w tym podstępu. Ot nagle, powstał wolontariat, gdzie ludzie popracują dla rozrywki by tylko móc kogoś uszczęśliwić kwotą złożoną z 7 cyfr. Bzdura!

Bodziec czwarty to złudna nadzieja, że kiedyś w końcu musi się udać. Nie musi. Nie istnieje, żadna zasada określająca, że ze zbioru n-elementowego przy dążącej do nieskończoności liczbie prób, każde zdarzenie elementarne musi wystąpić co najmniej raz. Ludzie kierują się własnościami rachunku prawdopodobieństwa, choć niewielu ma tego świadomość i wiedzą że w przypadku losowania jednego elementu ze zbioru n-elementowego gdzie prawdopodobieństwo wybrania każdego elementu jest takie samo, każdy element zbioru ma jednakową szansę na wylosowanie. W rzeczywistości jednak definicja zaznacza, że w wyniku próby losowej zachodzi co najmniej jedno zdarzenie elementarne. Dlaczego więc ludzie patrzą na całość tylko z jednej strony, twierdząc że w dążącej do nieskończoności liczbie prób liczba wylosowań każdego z elementów nie będzie znacznie odbiegać od liczby wylosowań elementów pozostałych (co doświadczalnie sprawdza się w ponad 99% przypadków), a nie przyjmują do siebie myśli, że bez względu na liczbę prób losowana będzie tylko skończona liczba elementów k gdzie k<<n (2) gdzie n jest mocą zbioru, a w skrajnym przypadku k wyniesie 1? Albo mówiąc po człowiekowemu – dlaczego zakłada się, że skoro każdy ma szansę na wygraną, to musi w końcu przyjść kolej na mnie, a szansę na to, że przez kilka lat w każdym losowaniu będzie wygrywać jedna i ta sama osoba uważa się za niedorzeczność?

Te wszystkie czynniki, w połączeniu z jeszcze wieloma tu nie wymienionymi tworzą efekt synergii, sprawiający, że hazard staje się nałogiem. Parę lat temu w stanach, jakiś facet, pozwał do sądu kasyno, ponieważ miało być ono odpowiedzialne za rozpad jego rodziny. Ponoć wina kasyna była taka, że za każdym razem gdy facet pojawiał się w jego progach, częstowano go „za darmo” szklanką drogiego Whyskacza, potem traktowano również w sposób szczególny. Inna sprawa, że w taki sposób traktowano tam wszystkich klientów. Ta uprzejmość była powodem dla którego facet coraz częściej wpadał na partyjkę, przegrywał trochę kasy, aż doprowadził się do bankructwa. Idiotyzm człowieka i doskonała taktyka właścicieli kasyna.


Ale skoro istnieją ludzie, lubiący ryzyko, to dlaczego nie będą grali na giełdzie, gdzie też o wyniku finansowym decyduje w dużej mierze przypadek, ale istnieje zdecydowanie więcej narzędzi przewidywania. Giełda to strategia a nie tylko łut szczęścia. Ale ma jedną wadę. Bo im większe ryzyko tym większe pieniądze. Na giełdzie nie można jednego dnia zainwestować dyszki by następnego być już milionerem. A w grach można. Ot mamy doskonały przepis jak przepuścić swoje ciężko zarobione pieniądze i nic z tego nie mieć.


(1)  Po kliknięciu linku [KLIK] możliwe będzie pobranie arkusza kalkulacyjnego na podstawie, którego stworzona została zamieszczona tabela. Arkusz jest zablokowany do edycji, niemniej jednak istnieje możliwość wyświetlenia formuł w pasku formuły, wyliczających poszczególne wartości, w celu sprawdzenia poprawności prezentowanych wyników

(2)  Symbole '>>' oraz '<<' oznacza "dużo większe/mniejsze" i  jest powszechnie stosowane w matematyce choć nie zostało określone liczbowo ani nawet przedziałowo. Dla podanego przykładu należy założyć że mowa tu o wartościach wielokrotnie większych./mniejszych (co najmniej kilka rzędów wielkości)