W ostatnich dniach miałem okazję, choć nie przyjemność, sporo podróżować wraz z państwowym przewoźnikiem czyli PKP. Niemniej opisane zjawisko nie dotyczy tych kilku podróży, ale jest zjawiskiem, które obserwuję od dawna.
Należy zacząć od tego że wagony PKP produkowane są z myślą o ludziach którzy stracili obie nogi w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej. Oczywiście bardzo miło, że producenci wagonów myślą o niepełnosprawnych, ale o dziwo okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie kolei w przeszłości skracali sobie drogę do domu przez pole minowe. Ilość miejsca na nogi jest tak skandalicznie mała, że ciężko jest siedzieć prosto, przez więcej niż 3 minuty. Siedząc na miejscu od strony korytarza siadam więc lekko skosem, aby stopy nie znajdowały się pod siedzeniem obok, ale na przejściu. Oczywiście w akceptowalny sposób, a nie z kopytami przez całą szerokość korytarza. Jest jednak problem.
Ledwo pociąg zdąży odjechać ze stacji, rozpoczyna się pospolite ruszenie. Zupełnie jak na sygnał, Większość ludzi wtedy wstaje z miejsc i zaczyna piesze wędrówki po wagonach w celu nie wiadomo jakim. Był gość, który w ciągu pierwszych dziesięciu minut minął mnie osiem razy, cztery razy w jedną stronę i drugie tyle z powrotem. Gdyby przeszedł raz, uznałbym że poszedł do łazienki a potem wrócił na miejsce. To akurat byłoby całkowicie akceptowalne, ponieważ po to jest kibel w pociągu, żeby z niego korzystać. Ale w przypadku tego typa albo należałoby rozważyć inwestycję w pampersy, albo gość zwyczajnie wybrał się na wycieczkę krajoznawczą po wagonach.
Była też kobieta z małym dzieckiem. W przeciągu pierwszej godziny trzykrotnie odbyła z córką wizytę w Warsie. Zamiast kupić co trzeba od razu, postanowiła rozłożyć zakupy na raty. Do diabła z nią, ale dwa kroki za nią maszerowała kilkuletnia córka. A wagon podczas jazdy się buja. Biedne dziecko z trudem trzymało równowagę, kiwając się na lewo i prawo. Całe szczęście się nie wywróciła, choć niewiele brakowało.
W końcu sam musiałem udać się tam, gdzie król chodzi piechotą. W ubikacji wyszedł jakiś gościu, ja wszedłem, zrobiłem swoje i wyszedłem. Ledwo wróciłem na miejsce i widzę, że facet znowu zmierza w tamtym kierunku. Może jego idolem był Grzegorz z „Każdy ponad każdym” WWO, ale jak dla mnie to trochę dziwne, przesiedzieć całą podróż w pociągowym kiblu.
Obok siedziały cztery kobiety, które urządziły sobie maraton. Jedna wstawała, gdzieś lazła, wracała po niej druga, trzecia, czwarta i od początku. I cały czas jedna zawsze była w trakcie przechadzki. Wszystkich przypadków spracerowiczów podczas samej tej jednej podróży nie sposób opisać.
W zaistniałej sytuacji trzymanie stopy lekko z boku nie wchodzi w grę, bo cały czas trzeba ją zabierać. Po to „przejazd odbywa się na podstawie ważnego biletu, ze wskazaniem miejsca do siedzenia” (powtórzone za komunikatem PKP), żeby, poza specyficznymi sytuacjami, siedzieć na dupie i w tej pozycji odbyć podróż. Jeżeli ktoś tak bardzo lubi chodzić, to zamiast jechać pociągiem niech całą trasę przebędzie piechotą. Pociąg to nie deptak w Sopocie, żeby sobie go zwiedzać, oglądać i przechadzać się po nim w celach rekreacyjnych.
Należy zacząć od tego że wagony PKP produkowane są z myślą o ludziach którzy stracili obie nogi w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej. Oczywiście bardzo miło, że producenci wagonów myślą o niepełnosprawnych, ale o dziwo okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie kolei w przeszłości skracali sobie drogę do domu przez pole minowe. Ilość miejsca na nogi jest tak skandalicznie mała, że ciężko jest siedzieć prosto, przez więcej niż 3 minuty. Siedząc na miejscu od strony korytarza siadam więc lekko skosem, aby stopy nie znajdowały się pod siedzeniem obok, ale na przejściu. Oczywiście w akceptowalny sposób, a nie z kopytami przez całą szerokość korytarza. Jest jednak problem.
Ledwo pociąg zdąży odjechać ze stacji, rozpoczyna się pospolite ruszenie. Zupełnie jak na sygnał, Większość ludzi wtedy wstaje z miejsc i zaczyna piesze wędrówki po wagonach w celu nie wiadomo jakim. Był gość, który w ciągu pierwszych dziesięciu minut minął mnie osiem razy, cztery razy w jedną stronę i drugie tyle z powrotem. Gdyby przeszedł raz, uznałbym że poszedł do łazienki a potem wrócił na miejsce. To akurat byłoby całkowicie akceptowalne, ponieważ po to jest kibel w pociągu, żeby z niego korzystać. Ale w przypadku tego typa albo należałoby rozważyć inwestycję w pampersy, albo gość zwyczajnie wybrał się na wycieczkę krajoznawczą po wagonach.
Była też kobieta z małym dzieckiem. W przeciągu pierwszej godziny trzykrotnie odbyła z córką wizytę w Warsie. Zamiast kupić co trzeba od razu, postanowiła rozłożyć zakupy na raty. Do diabła z nią, ale dwa kroki za nią maszerowała kilkuletnia córka. A wagon podczas jazdy się buja. Biedne dziecko z trudem trzymało równowagę, kiwając się na lewo i prawo. Całe szczęście się nie wywróciła, choć niewiele brakowało.
W końcu sam musiałem udać się tam, gdzie król chodzi piechotą. W ubikacji wyszedł jakiś gościu, ja wszedłem, zrobiłem swoje i wyszedłem. Ledwo wróciłem na miejsce i widzę, że facet znowu zmierza w tamtym kierunku. Może jego idolem był Grzegorz z „Każdy ponad każdym” WWO, ale jak dla mnie to trochę dziwne, przesiedzieć całą podróż w pociągowym kiblu.
Obok siedziały cztery kobiety, które urządziły sobie maraton. Jedna wstawała, gdzieś lazła, wracała po niej druga, trzecia, czwarta i od początku. I cały czas jedna zawsze była w trakcie przechadzki. Wszystkich przypadków spracerowiczów podczas samej tej jednej podróży nie sposób opisać.
W zaistniałej sytuacji trzymanie stopy lekko z boku nie wchodzi w grę, bo cały czas trzeba ją zabierać. Po to „przejazd odbywa się na podstawie ważnego biletu, ze wskazaniem miejsca do siedzenia” (powtórzone za komunikatem PKP), żeby, poza specyficznymi sytuacjami, siedzieć na dupie i w tej pozycji odbyć podróż. Jeżeli ktoś tak bardzo lubi chodzić, to zamiast jechać pociągiem niech całą trasę przebędzie piechotą. Pociąg to nie deptak w Sopocie, żeby sobie go zwiedzać, oglądać i przechadzać się po nim w celach rekreacyjnych.
