Nie można powiedzieć, że polski sport osiągnął dno, bo
byłoby to błędem zważywszy na fakt, że jest on na dnie już od dawna. Naród
zatracił się dawno w poszukiwaniu narodowej tożsamości sportowej, a perspektywy
na przyszłość nakazują stwierdzić, że szybko nie doczekamy końca obecnej
sytuacji.
W ogromie nieustannych porażek, Polacy rozpaczliwie usiłują
doszukać się wyjątków sprawdzających regułę*. A jak już się doszukają, to
gloryfikują takie wydarzenie do rangi grubo przesuniętej poza granice radości
sportowej. Finalnie okazuje się, że wystarczy odnieść sukces raz, by stać się
narodowym bohaterem. Zakończone niedawno mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce
są tego najlepszym przykładem. Informacja o medalach pojawiała się wszędzie, a
dziennikarze nie umieszczali ich w działach i programach sportowych ale na
wstępie dzienników i czołówkach gazet. Sportowców przyjął premier osobiście
dziękując im za ten trud. I w ten sposób z sukcesu szybko robi się cyrk, bo
zapraszani do telewizji, gazet, na gale sportowcy, którzy na medal ciężko pracowali
szybko stają się marionetkami do budowania morale w narodzie, by ten wierzył,
że nie jesteśmy tacy marni w sporcie.
Jesteśmy i wysyp medali na jednej imprezie tego na pewno nie
zmieni. Polaków cechuje słomiany zapał do sportu i generalnie po sukcesie
rodaka w danej dyscyplinie, nagle wszyscy się rwą do jej uprawiania, a po kilku
tygodniach sytuacja wraca do stanu z początku. W zależności od tego gdzie
aktualnie Polacy odnoszą jakieś sukcesy, momentalnie pojawia się nam kilka
milionów specjalistów danej dyscypliny. Finalnie te wielkie nadzieje zazwyczaj
zamieniają się w wielkie rozczarowanie. Zanim to jednak nastąpi specjaliści od
marketingu odpowiednio dorobią się na chwilowej fali zainteresowań.
Mieliśmy Małysza, który trzymał poziom przez wiele lat i po zakończeniu
kariery naznaczonej
sukcesami, wolał dorobić sobie na emeryturkę, zostając
kierowcą (czyt. maskotką) Orlen Teamu i odcinać kupony od własnego nazwiska.
Mieliśmy Kubicę – jedynego polskiego sportowca ostatnich lat, który
autentycznie wzbudzał podziw wśród ludzi znających się na F1, jedynego który
faktycznie rozpoczął karierę w młodym wieku i miał szansę na stałe zapisać się
w annałach sportów motoryzacyjnych. Ale uległ poważnemu wypadkowi i marzenia o
karierze w Formule znikły a razem z nimi zniknął wielki bum na zainteresowanie
tą dyscypliną. Jest Agnieszka Radwańska, która miewa wzloty i upadki i jest
Jerzy Janowicz, który po sukcesie na Wimbledonie nie wróży już nadziei. Jest
Robert Lewandowski, o którym wiadomo tyle że strzelił kiedyś Realowi Madryt 4
bramki. Turnieju wówczas nie wygrał, od tamtego czasu zresztą nic nie wygrał.
Jego transfer do Monachium wzbudził sensację a każda bramka jaką trafi
określana jest nad Wisłą jako cudowna i kapitalna. Niestety, Europejskie
dzienniki sportowe doceniają Lewandowskiego, ale traktują go jako jednego z wielu.
Wolą skupiać swoją uwagę na innych, bo w zasadzie Lewy nie potrafi podjąć
rywalizacji z Suarezem, Falcao, Benzemą, Aguerro, nie mówiąc już o Ronaldo i
Messim.
Takie rozpaczliwe doszukiwanie się szczypty sukcesu
gdziekolwiek się da ośmiesza tylko tych, którzy sukces odnieśli lub odnoszą.
Gdyby brazylijska prasa chciała iść w ślady polskich gazet sportowych i co
weekend podsumowywać występy polskich kopaczy za granicą, musiałaby co tydzień dorzucać
25-o stronicowy dodatek w którym na jednego piłkarza przypadły by 2-3 zdania. Gdyby
prezydent Obama, zechciał pójść w ślady polskich polityków najwyższego
szczebla, to co olimpiadę, mistrzostwa czy inne imprezy musiałby wydawać
bankiet na cześć kilkudziesięciu lekkoatletów, koszykarzy, baseboll’istów, rugbistów,
hokeistów i innych. 20 lat mija od czasu kiedy ostatni raz polski zespół powąchał
trawy Ligi Mistrzów.
Mimo to Polacy nie ustają w doszukiwaniu się dowodów na
wielkość polskiego sportu. Z tym wiąże
się pojęcie sportu narodowego, czegoś w
czym będziemy stanowili benchmark dla innych i gdzie zawsze będziemy wymieniani
w gronie faworytów. Takie sporty są, ale są one niszowe, mało widowiskowe i
mało znane. W popularnych dyscyplinach albo stoimy na dnie, albo pukamy w nie
od spodu.
Polskim sportem narodowym jest chlanie na umór. W tym od lat
trzymamy poziom – gorzej z pionem. Tu mamy wielu utalentowanych zawodników, ze
ścisłej czołówki. Konkurencji można się obawiać wyłącznie ze strony ruskich.
Nie ma bowiem innych nacji ponad te dwie, które były by tak głęboko do cna
przesiąknięte tanim spirytem lub trunkami na bazie siarki. Widok brudnych, nieogolonych,
cuchnących amatorów tanich trunków na ławce w parku lub pod monopolem, tak
głęboko wniknął w polski krajobraz, że gdyby nagle znikł pozostali ludzie
poczuliby się nieswojo. W ogóle odczucia zapachowe związane z takimi
zawodnikami to temat poruszany już wielokrotnie i zawsze aktualny. Wsiadam do
tramwaju, na następnym wsiada menel i już czuję gdzie jestem – dosłownie.
Porblem pijaństwa polega jednak na tym, że nie należy ono do
dyscyplin uznawanych przez MKOL. Polacy są jednak konsekwentni, zamiast zmienić
dyscyplinę, wolą ćwiczyć w oczekiwaniu na zmianę decyzji komitetu w tej
sprawie. Nie ma się więc co dziwić, że medale i sukcesy są tylko chwilowym
przebłyskiem w obrazie nędzy naszego sportu. Kto wie czy za jakiś czas, gdy
któryś z naszych coś osiągnie, to politycy nie zdecydują się tego dnia ogłosić
świętem państwowym, dla podkreślenia rangi wydarzenia.
__________________________________
* z oryginału: Exceptio probat regulam znaczy wyjątek sprawdza regułę. Nie wiem kto wymyślił ten farmazon o potwierdzaniu ale "wyjątek potwierdza regułę" to w zasadzie stwierdzenie mówiące, że jeżeli prawda jest czasem nieprawdą to jest przez to jeszcze bardziej prawdziwa.






