"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

środa, 20 sierpnia 2014

Sport po Polsku

Nie można powiedzieć, że polski sport osiągnął dno, bo byłoby to błędem zważywszy na fakt, że jest on na dnie już od dawna. Naród zatracił się dawno w poszukiwaniu narodowej tożsamości sportowej, a perspektywy na przyszłość nakazują stwierdzić, że szybko nie doczekamy końca obecnej sytuacji.

W ogromie nieustannych porażek, Polacy rozpaczliwie usiłują doszukać się wyjątków sprawdzających regułę*. A jak już się doszukają, to gloryfikują takie wydarzenie do rangi grubo przesuniętej poza granice radości sportowej. Finalnie okazuje się, że wystarczy odnieść sukces raz, by stać się narodowym bohaterem. Zakończone niedawno mistrzostwa Europy w lekkiej atletyce są tego najlepszym przykładem. Informacja o medalach pojawiała się wszędzie, a dziennikarze nie umieszczali ich w działach i programach sportowych ale na wstępie dzienników i czołówkach gazet. Sportowców przyjął premier osobiście dziękując im za ten trud. I w ten sposób z sukcesu szybko robi się cyrk, bo zapraszani do telewizji, gazet, na gale sportowcy, którzy na medal ciężko pracowali szybko stają się marionetkami do budowania morale w narodzie, by ten wierzył, że nie jesteśmy tacy marni w sporcie.

Jesteśmy i wysyp medali na jednej imprezie tego na pewno nie zmieni. Polaków cechuje słomiany zapał do sportu i generalnie po sukcesie rodaka w danej dyscyplinie, nagle wszyscy się rwą do jej uprawiania, a po kilku tygodniach sytuacja wraca do stanu z początku. W zależności od tego gdzie aktualnie Polacy odnoszą jakieś sukcesy, momentalnie pojawia się nam kilka milionów specjalistów danej dyscypliny. Finalnie te wielkie nadzieje zazwyczaj zamieniają się w wielkie rozczarowanie. Zanim to jednak nastąpi specjaliści od marketingu odpowiednio dorobią się na chwilowej fali zainteresowań.

Mieliśmy Małysza, który trzymał poziom przez wiele lat i po zakończeniu kariery naznaczonej
sukcesami, wolał dorobić sobie na emeryturkę, zostając kierowcą (czyt. maskotką) Orlen Teamu i odcinać kupony od własnego nazwiska. Mieliśmy Kubicę – jedynego polskiego sportowca ostatnich lat, który autentycznie wzbudzał podziw wśród ludzi znających się na F1, jedynego który faktycznie rozpoczął karierę w młodym wieku i miał szansę na stałe zapisać się w annałach sportów motoryzacyjnych. Ale uległ poważnemu wypadkowi i marzenia o karierze w Formule znikły a razem z nimi zniknął wielki bum na zainteresowanie tą dyscypliną. Jest Agnieszka Radwańska, która miewa wzloty i upadki i jest Jerzy Janowicz, który po sukcesie na Wimbledonie nie wróży już nadziei. Jest Robert Lewandowski, o którym wiadomo tyle że strzelił kiedyś Realowi Madryt 4 bramki. Turnieju wówczas nie wygrał, od tamtego czasu zresztą nic nie wygrał. Jego transfer do Monachium wzbudził sensację a każda bramka jaką trafi określana jest nad Wisłą jako cudowna i kapitalna. Niestety, Europejskie dzienniki sportowe doceniają Lewandowskiego, ale traktują go jako jednego z wielu. Wolą skupiać swoją uwagę na innych, bo w zasadzie Lewy nie potrafi podjąć rywalizacji z Suarezem, Falcao, Benzemą, Aguerro, nie mówiąc już o Ronaldo i Messim.

Takie rozpaczliwe doszukiwanie się szczypty sukcesu gdziekolwiek się da ośmiesza tylko tych, którzy sukces odnieśli lub odnoszą. Gdyby brazylijska prasa chciała iść w ślady polskich gazet sportowych i co weekend podsumowywać występy polskich kopaczy za granicą, musiałaby co tydzień dorzucać 25-o stronicowy dodatek w którym na jednego piłkarza przypadły by 2-3 zdania. Gdyby prezydent Obama, zechciał pójść w ślady polskich polityków najwyższego szczebla, to co olimpiadę, mistrzostwa czy inne imprezy musiałby wydawać bankiet na cześć kilkudziesięciu lekkoatletów, koszykarzy, baseboll’istów, rugbistów, hokeistów i innych. 20 lat mija od czasu kiedy ostatni raz polski zespół powąchał trawy Ligi Mistrzów.
 
Mimo to Polacy nie ustają w doszukiwaniu się dowodów na wielkość polskiego sportu. Z tym wiąże
się pojęcie sportu narodowego, czegoś w czym będziemy stanowili benchmark dla innych i gdzie zawsze będziemy wymieniani w gronie faworytów. Takie sporty są, ale są one niszowe, mało widowiskowe i mało znane. W popularnych dyscyplinach albo stoimy na dnie, albo pukamy w nie od spodu.

Polskim sportem narodowym jest chlanie na umór. W tym od lat trzymamy poziom – gorzej z pionem. Tu mamy wielu utalentowanych zawodników, ze ścisłej czołówki. Konkurencji można się obawiać wyłącznie ze strony ruskich. Nie ma bowiem innych nacji ponad te dwie, które były by tak głęboko do cna przesiąknięte tanim spirytem lub trunkami na bazie siarki. Widok brudnych, nieogolonych, cuchnących amatorów tanich trunków na ławce w parku lub pod monopolem, tak głęboko wniknął w polski krajobraz, że gdyby nagle znikł pozostali ludzie poczuliby się nieswojo. W ogóle odczucia zapachowe związane z takimi zawodnikami to temat poruszany już wielokrotnie i zawsze aktualny. Wsiadam do tramwaju, na następnym wsiada menel i już czuję gdzie jestem – dosłownie.

Porblem pijaństwa polega jednak na tym, że nie należy ono do dyscyplin uznawanych przez MKOL. Polacy są jednak konsekwentni, zamiast zmienić dyscyplinę, wolą ćwiczyć w oczekiwaniu na zmianę decyzji komitetu w tej sprawie. Nie ma się więc co dziwić, że medale i sukcesy są tylko chwilowym przebłyskiem w obrazie nędzy naszego sportu. Kto wie czy za jakiś czas, gdy któryś z naszych coś osiągnie, to politycy nie zdecydują się tego dnia ogłosić świętem państwowym, dla podkreślenia rangi wydarzenia.
 __________________________________
* z oryginału: Exceptio probat regulam znaczy wyjątek sprawdza regułę. Nie wiem kto wymyślił ten farmazon o potwierdzaniu ale "wyjątek potwierdza regułę" to w zasadzie stwierdzenie mówiące, że jeżeli prawda jest czasem nieprawdą to jest przez to jeszcze bardziej prawdziwa.

środa, 6 sierpnia 2014

Niemilczenie nieowiec - suplement

pielgrzymka z lotu ptaka
Pewnie większość ludzi zna z autopsji sytuację, gdy wydaje się, że najgorsze już za nimi a los w tym momencie płata im figla i dobitnie pokazuje, że byli w błędzie. Tak się dziś właśnie stało w przypadku mojej osoby. Zatem jadę z suplementem do wczorajszego wpisu odnośnie pielgrzymów (klik). Temat jest obszerny i na pewno nie da się go wyczerpać w jednym wpisie, ale wydawało się, że wszystko co najgorsze zostało już opisane.

Okazuje się, że nie. Pierwsza rzecz: pisałem wczoraj o jednym dniu w roku, kiedy Warszawiacy muszą przecierpieć niedogodności jasnogórskich eventów. Niestety, dziś znów przyszło mi zmierzyć się z tą pielgrzymkową plagą, w podobnych okolicznościach co wczoraj. Miejsce było inne, ale jego charakterystyka podobna. Skrzyżowanie Grzybowskiej z Towarową – ulicą łączącą Al. Solidarności z Al. Jerozolimskimi, Grójecką oraz Żwirki i Wigury. Jedna prowadzi do centrum, druga na Ochotę a trzecia na lotnisko. Od razu można się domyślić że w porannych godzinach szczytu ślęczy tam pół miasta w korkach.

Przejazd przez Towarową został zablokowany przez policję. Wkurzali się kierowcy, pasażerowie autobusów i piesi. Czekałem 5 minut ale gdy zorientowałem się że oni nie zamierzają się zatrzymywać znów musiałem przebijać się przez dziki tłum, mimo że to ja miałem zielone. No ale skoro radiowóz na sygnale przepuścili dopiero po komendzie policjanta by przepuścić pojazd uprzywilejowany to co się łudzić że przepuszczą ludzi idących do pracy Niemniej jednak te 5 minut dało mi możliwość rozwikłania kolejnych tajemnic pielgrzymów i nie tylko.

Pierwszy wniosek jaki się nasuwa – pielgrzymi nie jedzą Snikersa i dlatego zaczynają gwiazdorzyć.
pielgrzym wita się z napotkanymi po drodze ludźmi
Objawia się to w celebryckiej postawie jaką prezentują podczas chodzenia. Jeżeli pielgrzym nie niesie tabliczki z napisem że to pielgrzymka (jakby ktoś nie wiedział) albo nie tacha innych bembetli to idzie przez miasto jak gwiazda która wita się z fanami, z wyciągniętą ręką pozdrawia wszystkich jakby był idolem przechodniów. Dodatkowo każdy gest ręką ze strony osób postronnych interpretują jako uwielbienie dla nich i łaskawie raczą mu odpowiedzieć swoim pozdrowieniem, jakby postronnemu tylko tego do szczęścia brakowało. To ciekawe, że gdy zdecydowałem się na atak na tłum, mój gest, znaczący mniej więcej tyle co „wypier… mi z drogi” został potraktowany jak pozdrowienie. Widocznie takie pielgrzymy myślą, że wszyscy którzy stoją na poboczu ich trasy przyszli ich podziwiać i uwielbiać, nikt z nich nie pomyśli, że Ci postronni znaleźli się tam przypadkiem.

Wniosek drugi: działają zasady psychologii tłumu. A generalnie tłum jest głupi i w tym przypadku objawia się to w bezmyślnym podążaniem za jednostką wiodącą. W tej roli z reguły występuje ksiądz, który na swoją sutannę narzuca pomarańczową kamizelkę pożyczoną od robotników pracujących przy rurociągach, dzięki czemu wygląda jak Joker z fimów o Batmanie w sukience idealnie czarnej, bo wypranej w Perwolu z odblaskową marynarką świecącą niczym księżyc w bezkresie ciemności. Reszta idzie za nim jak zmarły w kierunku światła, bezgranicznie wierząc że przewodnik jest wielce oświecony i wybawi ich od zła i niebezpieczeństw podróży (w szczególności od tirów, autobusów, gradu, zamieci i Magdy Gesler). Gdyby zatem ten naczelny ksiądz się niechcący potknął i upadł, to nikt by mu nie pomógł. Wszyscy w jednym momencie poszli by w jego ślad, zarywając mordą o glebę.

Wniosek trzeci, a w zasadzie obserwacja nie dotyczy już dzikiego tłumu idącego przez miasto, ale
przedstawiciel drugiej grupy obserwuje pielgrzymkę
tych którzy ich obserwują. Tych ludzi można podzielić na dwie grupy: pierwsza, do której zaliczam się ja, którzy przypadkowo wpadli na ten przemarsz i najchętniej by jego uczestników wysłali na kurs ruchu drogowego i drugich, którzy wykazują zainteresowanie idącym tabunem jakby było się czym ekscytować. Pierwszymi nie będziemy się zajmować, bo to osoby które mimowolnie padły ofiarami systemu, pozwalającemu na takie łażenie po ulicy pod przykrywką kultu Maryjnego. Do drugiej grupy zaliczają się głównie emeryci, którzy nie wiedzieć czemu nie biorą w pielgrzymce udziału. Niemal wszyscy odmachują na pozdrowienia pielgrzymów, wzmagając w ten sposób ich poczucie gwiazdorstwa. Efekt jest zdopingowany przez totalnych krejzoli, którzy wyjmują telefony i aparaty i fotografują ten marsz, co tylko utwierdza pielgrzymów w ich przekonaniu o wielkości misji jakiej się podjęli. Wszyscy Ci emeryci natomiast poza wymachiwaniem i pstrykaniem, wgapiają się w idących jak ciele w malowane wrota. Wysunięta do przodu szczenna, i wytrzeszczone gały, rozwarte w 5 złotych obserwujące rozwój wydarzeń. Zupełnie jakby widok maszerującego stada ludzi, machających grabami do wszystkiego co się rusza i drących japę jakby ich ze skóry obdzierali był czymś niezwykłym

W takich pielgrzymkach z reguły udział bierze kilka tysięcy osób. Nie dziwne zatem że biura podróży upadają skoro okazuje się, że najlepszym organizatorem wakacyjnych evetnów i wycieczek jest Kościół.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Niemilczenie nieowiec


Dziś przypada ten jeden dzień w roku, w którym spotykam się z tak samo nieciekawym jak i wnerwiającym zjawiskiem jakim jest oczywiście pielgrzymka na jasną górę. Co mam zatem do pielgrzymek? Nic. A co mam do pielgrzymów? Bardzo wiele.

Tak się pechowo składa ze trasa pielgrzymki przebiega niedaleko mojego miejsca zamieszkania, poruszając się dużą ulicą pełniącą ważną rolę w komunikacyjnej organizacji stolicy. W drodze do pracy muszę przejść przez tą że ulicę, co w dniu dzisiejszym było niemożliwe bo jakoś tak to jest zawsze zorganizowane, że pomimo podziału na grupy pielgrzymi ciągną się i ciągną i skończyć nie mogą. W upalny poranek otrzymałem dodatkową atrakcję w postaci przebijania się przez prąd boczny idącego tłumu. Gdybym pojechał tramwajem to miałbym to samo, tylko że żar z nieba zastąpiłbym sauną w rozgrzanej blaszanej puszce. Mogłem jechać klimatyzowanym samochodem i wówczas warunku byłby znośne, ale obawiam się że w trakcie oczekiwania aż cały ten tłum przewali mi się przed maską, otrzymał bym surową karę od Unii za zdecydowane przekroczenie normy emisji spalin.

To tyle tytułem wstępu. Można by raz do roku przecierpieć te niedogodności gdyby całość zamykała się na przemarszu masy ludzkiej publicznymi drogami. Niestety, pielgrzymi by im się fajniej maszerowało lubią sobie pośpiewać. Na dodatek każda grupa śpiewa inny wałek. A ponieważ śpiewać nie umieją, a dodatkowo nagłaśniają to na słabej jakości przenośnym sprzęcie audio, w postaci głośnika zainstalowanego na oparciu wózka inwalidzkiego jakiejś babci, wychodzi coś co można określić na wiele sposobów, ale na pewno nie jest to śpiew. Nie ma takiego bitu, który można pod to podstawić by w jakikolwiek sposób przypominało to melodię. To nawet nie jest bełkot. To jest buczenie na full zychel w imię chwały Pana. Gdyby Bóg to usłyszał to momentalnie odpalił by boomboxa z jakąś techniawą byle tylko zagłuszyć to wycie.

I tak idzie przez miasto gromada pielgrzymów, podzielona na pewne grupy. Ci co mieszkają na trasie przemarszu, o jakimkolwiek spaniu mogą zapomnieć, przy tym darciu ryja nie słychać nawet własnych myśli. Ci co mieszkają, tak jak ja, kawałek dalej mają wrażenie nieodległego pochodu zombie w krótkich odstępach, bo w tym przypadku każda grupa brzmi tak samo – jak barany idące na rzeź. Co prawda nie miałem nigdy okazji przekonać się jak w rzeczywistości brzmią barany idące na rzeź, ale gdzieś w moim umyśle wytworzyło się wyobrażenie, że brzmiałoby to właśnie tak.

Niech ktoś mi wyjaśni, jaki jest cel by przez dziesięć lub więcej dni zasuwać do miasta grabarzy. Najpierw idziesz w upalnym słońcu, które wykańcza a na wieczór dopada Cię ulewa po całym dniu. Nogi Cię bolą, buty zaczynają zrastać się ze stopą. Spisz w jakimś bunkrze, stodole, pod namiotem lub w ogóle na polu, żresz to co Ci jakiś gospodarz łaskawie poda, załatwiasz się w jakimś grajdole na zadupiu świata. Zupełnie jak małpy. I gdy docierasz na miejsce to masz ochotę paść z wykończenia, a tu trzeba jeszcze przez 5 godzin stać na mszy obok innych tak samo zmęczonych, cuchnących potem i brudem, i słuchać jakiegoś mądrali, który powie dokładnie to samo co rok wcześniej a potem wydać ostatnie drobne na transport do domu. Bez sensu.


Dodatkowo zauważyłem że młodzi rodzice mają zwyczaj zabierać na takie eventy swoje dzieci. I o ile jadącemu w wózeczku brzdącowi jest wszystko jedno gdzie go tam rodzice ciągną, o tyle sześcio, siedmio, ośmioletnie dzieci, które już chodzą o własnych siłach, jeszcze przed wymaszerowaniem z Warszawy są zmęczone i mają dość tej pielgrzymki. Co ich rodzice mieli na celu zabierając dziecko na prawie dwutygodniową podróż piechotą do klasztoru? Możliwe że sami od wielu lat uczestniczą w takich imprezach, może nawet poznali się na pielgrzymce i chcieli żeby ich dziecko poczuło tą „fantastyczną” atmosferę, by w przyszłości samo chodziło sobie pielgrzymować. Zapewniam, że osiągną skutek zupełnie odwrotny. Takie dziecko po 10 dnach wykańczającego marszu, spania na sianie, życia w warunkach porównywalnych do Afryki środkowej, żarciu ohydnego jedzenia i niepojętej nudy, do końca życia będzie się brzydzić pielgrzymkami. To akurat dobrze, bo jest szansa, że kiedyś dzięki temu, skończą się pochody beczących baranów przez środek miasta, bo ludzie nie będą chcieli pisać się na tak masochistyczne obrzędy.

Organizacja całości jest pożałowania godna. Ludzie za nią odpowiedzialni, nie są w stanie logistycznie zorganizować sprawnego przemarszu przez kluczowe ulice miasta w godzinach szczytu. To wnerwia, bo ja w przeciwieństwie do nich nie idę sobie na wycieczkę i nie będę po drodze wył jak wilk d księżyca udając że śpiewam. Ja idę do pracy, po to by z moich podatków, można było opłacić ich eskortę policyjną i żeby z moich podatków uczestniczące tam emerytki otrzymały comiesięczną jałmużnę z ZUS którą w całości zostawią na jasnej górze gdy tylko dotrą do celu. Można by więc łaskawie nie utrudniać życia człowiekowi, który idzie harować przez osiem godzin by oni mogli się bawić.