"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

wtorek, 5 lipca 2022

Przechadzki po wagonach

W ostatnich dniach miałem okazję, choć nie przyjemność, sporo podróżować wraz z państwowym przewoźnikiem czyli PKP. Niemniej opisane zjawisko nie dotyczy tych kilku podróży, ale jest zjawiskiem, które obserwuję od dawna.

Należy zacząć od tego że wagony PKP produkowane są z myślą o ludziach którzy stracili obie nogi w wyniku wybuchu miny przeciwpiechotnej. Oczywiście bardzo miło, że producenci wagonów myślą o niepełnosprawnych, ale o dziwo okazuje się, że nie wszyscy pasażerowie kolei w przeszłości skracali sobie drogę do domu przez pole minowe. Ilość miejsca na nogi jest tak skandalicznie mała, że ciężko jest siedzieć prosto, przez więcej niż 3 minuty. Siedząc na miejscu od strony korytarza siadam więc lekko skosem, aby stopy nie znajdowały się pod siedzeniem obok, ale na przejściu. Oczywiście w akceptowalny sposób, a nie z kopytami przez całą szerokość korytarza. Jest jednak problem.

Ledwo pociąg zdąży odjechać ze stacji, rozpoczyna się pospolite ruszenie. Zupełnie jak na sygnał, Większość ludzi wtedy wstaje z miejsc i zaczyna piesze wędrówki po wagonach w celu nie wiadomo jakim. Był gość, który w ciągu pierwszych dziesięciu minut minął mnie osiem razy, cztery razy w jedną stronę i drugie tyle z powrotem. Gdyby przeszedł raz, uznałbym że poszedł do łazienki a potem wrócił na miejsce. To akurat byłoby całkowicie akceptowalne, ponieważ po to jest kibel w pociągu, żeby z niego korzystać. Ale w przypadku tego typa albo należałoby rozważyć inwestycję w pampersy, albo gość zwyczajnie wybrał się na wycieczkę krajoznawczą po wagonach.

Była też kobieta z małym dzieckiem. W przeciągu pierwszej godziny trzykrotnie odbyła z córką wizytę w Warsie. Zamiast kupić co trzeba od razu, postanowiła rozłożyć zakupy na raty. Do diabła z nią, ale dwa kroki za nią maszerowała kilkuletnia córka. A wagon podczas jazdy się buja. Biedne dziecko z trudem trzymało równowagę, kiwając się na lewo i prawo. Całe szczęście się nie wywróciła, choć niewiele brakowało.

W końcu sam musiałem udać się tam, gdzie król chodzi piechotą. W ubikacji wyszedł jakiś gościu, ja wszedłem, zrobiłem swoje i wyszedłem. Ledwo wróciłem na miejsce i widzę, że facet znowu zmierza w tamtym kierunku. Może jego idolem był Grzegorz z „Każdy ponad każdym” WWO, ale jak dla mnie to trochę dziwne, przesiedzieć całą podróż w pociągowym kiblu.

Obok siedziały cztery kobiety, które urządziły sobie maraton. Jedna wstawała, gdzieś lazła, wracała po niej druga, trzecia, czwarta i od początku. I cały czas jedna zawsze była w trakcie przechadzki. Wszystkich przypadków spracerowiczów podczas samej tej jednej podróży nie sposób opisać.

W zaistniałej sytuacji trzymanie stopy lekko z boku nie wchodzi w grę, bo cały czas trzeba ją zabierać. Po to „przejazd odbywa się na podstawie ważnego biletu, ze wskazaniem miejsca do siedzenia” (powtórzone za komunikatem PKP), żeby, poza specyficznymi sytuacjami, siedzieć na dupie i w tej pozycji odbyć podróż. Jeżeli ktoś tak bardzo lubi chodzić, to zamiast jechać pociągiem niech całą trasę przebędzie piechotą. Pociąg to nie deptak w Sopocie, żeby sobie go zwiedzać, oglądać i przechadzać się po nim w celach rekreacyjnych.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Na co może liczyć uczeń

Kilka dni temu natrafiłem w sieci na artykuł pt. "Na co może liczyć uczeń w tym roku szkolnym". Otworzyłem, bo chciałem sprawdzić na co liczyć może. W treści było napisane coś o pakiecie 300+, jakichś wyprawkach, dofinansowaniach i innych podobnych. Tyle, że nieprawdą jest, że uczeń może na coś takiego liczyć. Uczniowie szkół niewyższych, jako osoby niepełnoletnie znajdują się na utrzymaniu rodziców, którzy też zobowiązani są zapewnić im odpowiednie materiały i narzędzia do nauki. Ale w związku z tym, to rodzice uczniów są beneficjentami programów wsparcia i to oni, a nie ich dzieci, mogą w tym roku szkolnym ubiegać się o takie czy inne dofinansowanie.

Ponieważ więc artykuł nie wyjaśnił na co liczyć mogą uczniowie w tym roku szkolnym, postanowiłem sam podjąć temat.

Pierwszym elementem, na jaki mogą liczyć uczniowie w tym roku szkolnym, jest oczywisty wszechobecny szkolny terror. Szkoły jako instytucje o charakterze mocno represyjnym, są specjalistami w terroryzowaniu uczniów, poprzez zmuszanie ich do marnowania czasu na rzeczy im niepotrzebne. Narzędziem represji są oceny szkolne, których wystawianiu towarzyszy absolutna dowolność w wykonaniu nauczyciela. Tak więc uczniowie, którzy nie poddadzą się przymuszaniu ich do nauki, będą otrzymywać pogróżki, że skończy się to dla nich oceną niedostateczną.

Kolejnym elementem, na który w tym roku szkolnym mogą liczyć uczniowie, jest 10-o miesięczny cykl marnowania ich cennego czasu. Szkoła wymaga aby przez cały okres szkolny, uczniowie uczestniczyli w kilkunastu tygodniowo, 45-o minutowych sesjach, na których będą zanudzani rzeczami, które kompletnie ich nie interesują i z których 95% nigdy im się w życiu nie przyda. Aby nie dopuścić do sytuacji, w której uczeń, po zajęciach mógłby zająć się pożytecznymi rzeczami, w pakiecie do trwających trzy kwadranse sesji, dorzucane będą tak zwane prace domowe, które zmuszają ucznia do straty czasu również po zajęciach, a ich niewykonanie, będzie karane poprzez stosowne, wg nauczyciela, oceny, o czym była mowa w poprzednim akapicie.

Następnym elementem gwarantowanym uczniom w tym roku szkolnym jest system demotywacyjny. Odpowiednio wykwalifikowany personel, dopilnuje aby każdemu z uczniów regularnie uświadamiać, że jest nieukiem, tumanem, a w przyszłości nic z niego nie będzie.

Do systemu demotywacyjnego, dodany zostanie oczywiście system zabijania inwencji, inicjatywy i ambicji. Wszelkie podejmowane przez ucznia próby, samodzielnego myślenia czy własnej interpretacji zostaną stłamszone w zarodku, ponieważ program szkolny zakłada wyłącznie jedną interpretację wszystkich nauczanych elementów. Istnieje bowiem tylko jeden klucz odpowiedzi na wszelkie pytania i nie ma tu miejsca na własne zdanie.

Uczniowie będą mogli też liczyć oczywiście na niedostosowane do celów nauczania placówki, w których zawsze brakuje materiałów, a te które już są zdążyły się już 4 razy przeterminować. Do tego oczywiście stare meble, w których prym wiodą krzywe, pomazane i zdewastowane ławki oraz niewygodne, nieergonomiczne i stworzone w absolutniej niezgodzie z anatomią ludzkiego ciała krzesła. Na korytarzach brakowało będzie miejsc gdzie można usiąść podczas przerwy, a toalety mogłyby poziomem konkurować z tymi znanymi z PKP.

Oczywiście wszystkie wymienione elementy, to tylko niewielki procent tego, na co uczniowie będą mogli liczyć w tym roku szkolnym. Jedynym pozytywem całej tej sytuacji jest to, że dla uczniów z większym stażem nie jest to nic nowego, dlatego z góry wiedzą oni co ich czeka i nie będzie w ich przypadku jakiegoś niemiłego zaskoczenia

wtorek, 3 stycznia 2017

Pseudomól książkowy

Należy dziś zająć się jedną z kampanii społecznych, która jak na kampanię społeczną przystało, miała za cel uświadamiać ludzi o istnieniu konkretnego zjawiska. Mowa tu o kampanii, nakłaniającej Polaków do czytania książek. Jej główną treść stanowi informacja, że jakiś tam cholernie duży procent populacji w ostatnim roku nie przeczytało ani jednej książki. I trzeba przyznać, że była (i jest nadal) całkiem skuteczna, bo wykreowała nową modę na czytanie gdzie popadnie.

Było tak przez długi czas, że aby dotrzeć do pracy, zmuszony byłem korzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Miałem to szczęście, że raz miałem bezpośredni autobus spod domu, prosto pod same wrota firmy, a dwa, że zawsze wsiadałem na pętli, co pozwalało mi zająć niemal dowolne miejsce w pojeździe. Po zajęciu strategicznie wybranego miejsca (stosowany przeze mnie algorytm doboru miejsca w środkach komunkacji opiera się o kilkanaście czynników i nie będę go tu opisywał), poza słuchaniem muzyki, mogłem obserwować innych pasażerów. Sytuacja wyglądała zazwyczaj tak – obok mnie siadał sobie jakiś człowiek i od razu wyjmował z plecaka książkę, książkę wyjmowała też osoba siedząca dwa rzędy miejsc dalej, kilka osób za mną tak samo, kolejne osoby z przodu busa też. Potem jak zabrakło miejsc siedzących, kolejni wsiadający zaraz po wejściu też wyjmowali jakąś ksingę i zamiast trzymać się poręczy wgapiali się w nią jak ciele w malowane wrota.

Generalnie rzecz biorąc po kilku przystankach człowiek czuł się jak w czytelni. Jakiś wysyp moli książkowych – skuteczność kampanii imponująca.

Na początek zastanówmy się dlaczego tak się dzieje. Książka jest swojego rodzaju symbolem wiedzy i inteligencji, a chwaląc kogoś że jest inteligentny, często od razu dodaje się że jest oczytany. Kampania o której mowa mówiła co prawda o odsetku ludzi, którzy przez ostatnie 365 dób nie tknęli żadnej sztuki książki, ale nie ma co się oszukiwać, ze jest tu ukryty jasny i czytelny podtekst – ileś tam dziesiąt procent społeczeństwa to tłumoki co nawet jednej książki na rok nie czytają. A zachęta do czytania też jest prosta – czytaj książki nie bądź tumanem. No i wielu ludziom podziałało na ambicję.

Kiedyś spotkanie kogoś kto czytał książkę w autobusie, na przystanku czy ławce w parku było rzadkością na miarę pojawiania się na niebie komety Halleya. Ale od kiedy zaczęto podświadomie wyzywać Polaków od nieoczytanych tumanów to każdy chciał pokazać się jako wielki inteligent ze swoim książkowym atrybutem. Śmiesznie to wygląda, jak nagle 1/3 autobusu jak na zawołanie wsadza nos w kartki i zaczyna coś tam oczami wiercić po tekście. Nie ma się co oszukiwać, że większość z nich posłuchała sobie że jest tumanem bo nie czyta, potem zobaczyli że inni czytają i nie chciała publicznie wyjść na nieuków. Ulegli oni zwykłej modzie, która dziś dotyczy czytania, jutro może dotyczyć chodzenia w słomianym kapeluszu, a pojutrze zakładania sobie na łeb foliowych toreb.

Większość tych moli książkowych, w ogóle nie jest zainteresowane tym co czyta, ale skoro już tachało książkę ze sobą to już chociaż spróbuje coś przeczytać. Ci ludzie myślą, że wyglądają inteligentne i zyskują w oczach innych. Może w oczach innych tak, ale nie w moich. Bo ja nie jestem w stanie uwierzyć, że nagle taka ogromna część społeczności zapałała miłością do czytania. Dla mnie wygląda to śmiesznie, jak widzę ludzi, którzy robią coś, tylko dlatego że inni to robią. Parę lat temu była moda na łażenie po ulicy z odtwarzaczami mp3. Też zacząłem i chodzę do dzisiaj – bo mi się to spodobało. I pewnie części z tych ludzi przyjemność sprawia literatura, ale większość to pozoranci. Gdyby wmówić im że oznaką inteligencji jest noszenie na bani irokeza, to jeszcze dziś polecieliby do sklepu nabyć żel do włosów.

Wśród autobusowych czytelników wszystek czyta sobie coś z tzw. literatury pięknej, bo ktoś kiedyś nagadał, że ona uszlachetnia, upięknia duszę, rozwija umysł… no i to słownictwo, jak to rozwija człowieka. Nie wiem kto taką famę puścił, ale to i tak nie ma znaczenia. Ci „czytający w podróży” równie dobrze mogliby wziąć ze sobą instrukcję obsługi pralki i ją przeczytać. Wartość opałowa jest identyczna jak każdej książki o tych samych wymiarach, treść nie ma znaczenia skoro i tak czyta się dla pozorów.

I co ważne, nie czuję się wśród tych ludzi tumanem, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że możesz przeczytać całą bibliotekę aleksandryjską i nadal pozostać zwykłym tępakiem. Posiadam wiedzę, za którą pracodawcy chętnie zapłacą i nie muszę udawać przed innymi, że jestem mądrzejszy niż jestem. A kiedy czytam książkę to robię to dla siebie, w domu, a nie w pośpiechu cały czas odrywając się, żeby przypadkiem nie przegapić swojego przystanku. Równie dobrze mogę wsiąść do autobusu i zacząć czytać książkę telefoniczną – nabijam sobie statystykę przeczytanych pozycji w ciągu roku, co z tego, że wartość tego jest żadna.

wtorek, 20 września 2016

Rok po niebywałym skandalu

Dzisiejszy wpis będzie kontynuacją wpisu „Niebywały skandal” z którym zapoznać się można klikając tutaj: klik

Wynika to z faktu, że Facebook, który prowadzi teraz politykę obchodzenia rocznic dodania tego czy innego postu, przypomniał mi, że rok temu dodałem post z linkiem do artykułu mówiącym o tzw. aferze Volkswagena okraszony moim komentarzem, w którym broniłem niemieckiego koncernu.

Żeby było jasne – marki VW i większości jej podległych nie cierpię (wyjątki stanowią Porshe, Bugatti czy Lamborghini, które należy do Audi, które z kolei należy do grupy VW). Nie cierpię ich za promowanie i ubóstwianie silników diesla, które jak wiadomo są dziełem szatana i są mocniejsze od benzynowych odpowiedników tylko w niskim zakresie obrotów. Ale w całej tej aferze dotyczącej emisji szkodliwych substancji biorę stronę VW z kilku powodów. Po pierwsze, uważam że kupowanie samochodu osobowego z silnikiem wysokoprężnym zalatuje ekonomicznym podejściem do aut, którego nie cierpię. Auto ma dawać frajdę a nie być tanie w eksploatacji. Co z tego, że twój samochód jest ekonomiczny i mniej pali jeśli w ogóle nie odczuwasz przyjemności z jazdy nim. Ale silniki diesla są potrzebne, bo ze względu na swój większy moment w niskim zakresie obrotów doskonale sprawdzają się do napędzania kolumbryn takich jak tiry, autobusy czy lokomotywy spalinowe. Wiadomo przecież że najwięcej powera potrzebne jest w momencie ruszania z miejsca, a wyżej wymienione przykłady nie będą kręcić niezłych osiągów, potrzebują za to dużo mocy by ruszyć z miejsca. Po drugie, cała afera co prawda dotyczyła diesli, ale kto wie czy za chwilę ktoś nie postanowi się doczepić również do benzyniaków, które przecież też kopcą bo jak sama nazwa wskazuje, silnik spalinowy działa w wyniku spalania paliwa i emituje spaliny. Po trzecie, ze względu na wspomnianą konieczność emisji spalin, łączenie jakichkolwiek urządzeń zasilanych silnikiem spalinowym z zagadnieniami ekologii jest kompletną durnotą, bo albo spalamy paliwo, albo cackamy się z ekologią.

Niestety, istnieje mnóstwo organizacji zrzeszających różnych zielonych półgłowków, którym takie dopasowanie kompletnie przeciwnych zagadnień w ogóle nie przeszkadza. I to ich przedstawiciele najgłośniej darli mordy podczas całej tej afery spalinowej, namawiając do linczu na koncernie Volkswagena za „oburzające, hańbiące, bezczelne” i cholera wie jakie jeszcze postępowanie, które w oczach zielonych półgłówków niemal przybrało postać gwałtu na środowisku naturalnym. W ostatnich latach zapanowała moda na tzw. ochronę środowiska i teraz żeby jakaś większa marka czy koncern były cool muszą wykazać że są proekologiczne. I robią to nawet firmy samochodowe, które ze względu na charakter prowadzonej działalności mogą mieć mocno utrudnione zadanie w tym obszarze. Gorzej – nawet jeśli ten czy inny autokoncern nie chce sam bawić się w taką ekogrę, może być przez to zmuszony przez rząd państwa na terenie którego działa lub sprzedaje pojazdy, bo lobby zielonych półgłówków zdążyło już na premierze i ministrach wymusić idiotyczne zmiany w prawie.

Jak daleko może być posunięte takie wymuszanie pokazują przykłady z Niemiec i Norwegii gdzie niedawno wspominano nawet o planowanym całkowitym zakazie rejestrowania aut z silnikami spalinowymi. Całe szczęście protesty przeciwko takim rozwiązaniom w porę sprawiły że pomysłodawcy pieprzneli się w łeb i wycofali z tej durnoty, ale sam fakt że ktoś na coś takiego wpadł świadczy jak niebezpieczne są organizacje zielonych półgłówków. Ci ludzie zwyczajnie terroryzują świat swoimi chorymi interpretacjami dobrej idei. Bo nie ma nic złego  w ekologii, dopóki nie zaczyna ona przybierać wymiarów jakiegoś totalnego absurdu. A to właśnie robią zielone półgłówki – z dobrej i pożytecznej ekologii zrobili sobie narzędzie do utrudniania ludziom życia. Zupełnie jak islamscy terroryści, którzy wzięli sobie Koran, będący sam w sobie całkiem spoko, przeinaczyli to co tam jest napisane i zaczęli mordować ludzi. Tylko że islamistom za ich terror zrzuca się bomby na łby, a zielonym półgłówkom przyklaskuje się że działają słusznie. Bo tacy gadają mi czy nie obawiam się, że moje dzieci i wnuki nie będą miały czym oddychać. Nie, nie boję się. Boję się natomiast, że jak te zielone półgłówki dalej będą traktowane jak wybawiciele a nie terroryści, to moje dzieci lub wnuki nie będą mogły pójść do salonu samochodowego i kupić auta z silnikiem V8 czy V12. Może od razu cofnijmy się w rozwoju cywilizacyjnym i wróćmy do konia. To naturalny środek transportu, który emituje głównie nieszkodliwe substancje. I chrzanić to że nie ma wygodnych foteli, Klimy, radia a nawet dachu, musi wypoczywać co ileśdziesiąt kilometrów, a podróż z Paryża do Bratysławy znów będzie trwała dwa tygodnie. Ważne przecież że to takie ekologiczne.

Przy okazji tej całej afery VW, jeden z ekspertów mechaniki specjalizujący się w budowie silników spalinowych wyjaśnił, że można wskazać trzy parametry: moc, spalanie, emisja szkodliwych substancji. Wpłynąć można na dowolne dwa, trzeci będzie wynikowy. Duża moc i niskie spalanie daje wysoki poziom emisji, chcąc to zmienić i osiągnąć niskie spalanie i niski poziom emisji uzyskamy dużo niższą moc. Nie da się jednocześnie ustalić z góry wszystkich trzech wartości. Ponieważ jednak wielu ludzi ma problem z prawidłowym uszeregowaniem (czego nie rozumiem bo to jest proste), powtórzę po raz nie wiem który: najważniejsza jest moc silnika. To ona zapewnia nam osiągi, przyspieszenie, ma wpływ na tzw. ruszenie. Im więcej mocy tym więcej frajdy, a stare porzekadło mówi, że nie ma nic lepszego niż dużo mocy chyba że jeszcze więcej mocy. Moc przede wszystkim. Drugie jest spalanie. Nie wolno bowiem ograniczać mocy silnika ze względu na spalanie. To tak jakby celowo się głodzić i jeść połowę tego co się powinno tylko dlatego, że ma się potem mniejszą sraczkę. Niemniej jednak, jeżeli istnieje możliwość obniżenia spalania bez uszczerbku na mocy (na przykład poprzez odpowiednią konstrukcję wydechu, czy wydajniejsze filtry), to należy z tej możliwości korzystać, ponieważ mniejsze spalanie, to mniejsze koszty eksploatacji. Co zostaje? Emisja szkodliwych substancji. No cóż, trzeba wreszcie uświadomić ludzi, że aby auto miało właściwe osiągi i w miarę możliwości przystępne spalanie to ekologię szlag trafia. Ten parametr wyreguluje się sam i to na wysokim poziomie ponieważ ze względu na jedyne właściwe uszeregowanie wskazanych elementów, które przedstawiłem powyżej. I sorry bardzo ale jak jakiś zielony półgłówek uważa inaczej to określenie półgłówek jest jak najbardziej na miejscu.

Do Volksvagena można się za te szachermachery przy spalaniu przyczepić. Ale nie ze względu na to, że gdzieś tam wyemitował dużo szkodliwych substancji, a ze względu na tzw. niezgodność produktu z opisem. W teorii można by żądać zwrotu pieniędzy za otrzymanie towaru innego niż ten ze specyfikacji. Dlaczego tylko w teorii. Z tego powodu o którym pisałem w „Niebywałym skandalu”, bo poza zielonymi półgłówkami nikogo poziom emisji wydobywający się z użytkowanego samochodu nie obchodzi. Mało kto w ogóle o tym myśli, jeszcze mniej osób zwraca na to uwagę, a już jakiś śladowy ułamek musiałby się tym tak przejąć, żeby aż zwrócić samochód do producenta i domagać się zwrotu pieniędzy.

Niestety, ale cała sprawa została do tego stopnia „zawłaszczona” przez zielonych półgłówków, że cała dyskusja praktycznie toczyła się o truciu środowiska a mało kto zwrócił uwagę na prawdziwy morał jaki z niej płynie. A ten nakazywałby przyjrzeć się istniejącym normom emisji EURO 5, EURO 6 i innym pod kątem ich restrykcyjności. Wprowadzono je pod naciskiem zielonych półgłówków, w zasadzie bez zastanowienia nad ich spełnialnością. Skoro tak duży koncern jak VW musiał naściemniać żeby się do nich dopasować, to warto by się zastanowić czy są one w ogóle możliwe do spełnienia w warunkach pozalaboratoryjnych. Może są one już tak wyśrubowane że ich spełnienie bez oszukiwania jest niemożliwe. Z drugiej strony gdyby jakiś duży koncern ogłosił, że są to normy awykonalne i nie będzie ich stosować, to natychmiast zielone półgłówki rzuciłyby się na firmę wyzywając od trucicieli, rakotwórców i zabójców misiów koala. To skutkowałoby oczywiście uszczerbkiem na wizerunku i spadkiem sprzedaży. Dlatego koncernom nie pozostało nic innego jak oszustwo i wcale się nie zdziwię jak okaże się, że inne koncerny też oszukują na tym polu, tylko VW oszukiwał za słabo więc u nich się wydało.

wtorek, 17 maja 2016

Autokpina


Fanem marki BMW jestem od lat dziecięcych i zawsze ceniłem sobie w niej to co ceniła sobie większość fanów koncernu – połączenie dynamiki z luksusem i potężnej mocy z piękną linią. To też pamiętam jakie zdziwienie i oburzenie wywołała prezentacja koncepcji E65 odchodząca od kanciastych, ciosanych kształtów na rzecz nowej koncepcji. Dziś wiadomo, że projektant tamtego samochodu chciał by auto nawet po kilku latach nadal prezentowało się nowocześnie. Niemniej jednak był to szok, dla miłośników tych „klasycznych” BMW, który zapanował również w Polsce. To też tym bardziej dziwi sytuacja jaką obserwować można obecnie.

Kiedy po rozpoczęciu produkcji modelu E71 w 2008 roku pierwszy raz go zobaczyłem to zbaraniałem. W pierwszej chwili wydawało mi się, że ten samochód to żart ze strony BMW – od taki SUV typu nie wiadomo co. Nie mieściło mi się w głowie, że takie paskudztwo można traktować poważnie, a na pewno, że firma słynąca z pięknych samochodów może na poważnie brać ten projekt.

Niestety, użytkownicy samochodów na żarcie się nie poznali i lawinowo zaczęli wykupywać kolejne egzemplarze. Obecnie strach wyjść na ulicę Warszawy, żeby nie natknąć się na jakieś X6 po drodze. Dziś na odcinku ok 1,5 km na stołecznych ulicach naliczyłem ich aż 7(!). I już 8 lat czekam aż ktoś mi wyjaśni co takiego jest w tym samochodzie, że jego popularność jest tak wysoka.

To auto wygląda jak projekt nabazgrany na kolanie, w czasie przerwy na lunch. O linii nadwozia nie ma za bardzo jak pisać, bo nie da się tego opisać. Przedni zderzak wypchany gdzie się dało wlotami powietrza, maska typowa dla BMW, za nią mocno pochylona przednia szyba i nad nią linia dachu która ni cholery nie pasuje do reszty i wygląda jak odręcznie narysowana na odpieprz linia. Gdzieś tam kończy się dach i zaczyna tylna szyba a za nią pionowa ściana bagażnika, która wygląda jakby tam początkowo coś było z tyłu ale niechcący zostało ucięte tasakiem. Ten samochód wygląda jak zderzenie lodówki z pralką.

Początkowo można było odnieść wrażenie że lecą na niego kobiety. Ile razy przejeżdżało X6 to za kółkiem siedziała wytapetowana panienka z toną tapety na ryju i lepiącymi się od lakieru włosami. Zawsze taka cizia albo gadała przez telefon, albo pisała SMS, albo poprawiała szpachlę na gębie wgapiona w lusterko osłonki przeciwsłonecznej. Tak było kiedyś. Teraz okazuje się że te auta użytkowane są też przez facetów… No przecież to zakrawający na śmieszność widok jak parkuje X6 na chodniku w centrum a ze środka wysiada chłop w garniaku, wystylizowany na biznesmena, który auto pożyczył od żony.

nawet agrotunerzy nie są w stanie już bardziej oszpecić tego auta
Jakby dekadę temu ktoś pokazał mi zdjęcie X6 i powiedział, że tak już niedługo będą wyglądać auta jednej z moich ulubionych marek to odesłałbym człowieka na leczenie. Dziś okazuje się, że samochód który wygląda gorzej niż twarz boksera po 12 rundach walki, znalazł sobie ogromną rzeszę fanów. Jego sukces był tak wielki, że nawet największy konkurent – Mercedes postanowił wypuścić swoją kopię X6 która wygląda dokładnie identycznie (Mercedes GLE to się nazywa).

W całej tej farsie mają miejsce dwa dramaty – pierwszy że BMW – jedna z najbardziej szykownych i eleganckich marek samochodowych wypuściła na rynek jedno z najbardziej ohydnych aut jakie jeździły po planecie i drugi że ludzie to kupili. Po prostu, fani aut BMW z lat 80 i 90, którzy ginęli w klasycznych bemwicach przewracają się teraz w grobie. X6 nie bronią nawet parametry jazdy – w testach nie wypada lepiej od modelu X5, który nie tylko jest dynamiczny ale również jest ładny i proporcjonalny. I jeżeli X6 jest w jakiś sposób wstępem do tego, jak może wyglądać motoryzacja w przyszłości to ja poproszę jednak o szybki koniec świata.

czwartek, 28 kwietnia 2016

Zdrowe spędzanie czasu

Zbliża się początek miesiąca maja, czyli jednego z ulubionych okresów w ciągu roku kalendarzowego, ze względu na tzw. długi weekend majowy potocznie zwany majówką. Jest to okres prosperity dla sprzedawców kiełbas, węgla drzewnego, podpałek do grilla i butelkowanego piwa. I choć w tym roku synoptycy zapowiadają kiepską aurę nie zniechęca to większości majówkowych napaleńców do snucia rozmaitych planów wyjazdowych i pomysłów na spędzenie wolnego czasu.

A plany często sprowadzają się do zamiaru „wyrwania się z miasta”. Istnieje bowiem od jakiegoś czasu moda na zdrowe spędzanie wolnego czasu – w zgodzie ze sobą lub nawet wbrew sobie. Wraz z podskoczeniem temperatur za dnia powyżej zera, obserwuje się wysyp wszelkiego rodzaju chodziarzy, biegaczy, rowerzystów, rolkarzy i miłośników jazdy na rowerze. Większość z nich łączy jedno – słomiany zapał do zmiany dotychczasowego stylu życia.

U jednych nagły zryw do sportu to próba realizacji postanowienia podjętego jeszcze w sylwka, że w nowym roku osobnik weźmie się za siebie, u innych to nagły impuls spowodowany poprawą nastroju wraz z nadejściem wiosny, u następnych znowu wynik obserwacji wspomnianego wysypu niby-sportowców i chęć dołączenia do nich. Ta nagła chęć aktywności fizycznej gaśnie w nich tak samo szybko jak się pojawiła, z reguły w miarę upływu krótkiego czasu pojawia się brak chęci, odkładanie na później, wyimaginowane skurcze i kontuzje. W takim momencie ważne jest by tylko znaleźć sobie jakieś dobre usprawiedliwienie, wmówić je sobie samemu i to wszystko. Nie można bowiem dopuścić do siebie myśli, że jest się zwykłym leniem, któremu nawet przejście do sklepu na drugą stronę ulicy sprawia problem.


Ta cała moda na sportowy tryb życia wylansowana została przez media, które całe programy oddają jakimś Chodakowskim czy Annom Lewandowskim by te regularnie budowały kompleksy u spaślaków przed telewizorami. Wówczas u takiego spaślaka następuje nagłe postanowienie poprawy. Z naturą ludzką nie sposób jednak wygrać i szybko lenistwo sprowadzi takiego jegomościa spowrotem na fotel telewizyjny i nakłoni do obżerania się chipsami popijanymi litrami piwska. I choć jegomość oczywiście znalazł sobie usprawiedliwienie w myśl którego mimo jego nieodpartej woli zmiany wszystkie czynniki sprzeciwiły się przeciw niemu i musiał się poddać, gdzieś jednak pozostaje głęboko ukryte poczucie porażki.

To właśnie uczucie porażki uaktywnia się z nienacka właśnie w takich okresach jak majówka. Nagle pojawia się genialny pomysł że ten czas spędzę zdrowo na przykład na spacerach po lesie. Z reguły w odległości kilku kilometrów od aglomeracji miejskiej można odnaleźć jakieś większe skupiska drzew potocznie zwane lasem. Ze względu na postanowienie o zdrowym spędzeniu tych kilku dni do lasu wybrać się należy … oczywiście samochodem, bo nic tak nie poprawia zdrowia i kondycji jak obsługa trzech pedałów, kierownicy i wajchy po środku. Po bardzo zdrowej, 20-o minutowej jeździe za miasto, auto pozostawia się na parkingu pod lasem i nadchodzi upragniona chwila gdy wreszcie będzie można zagłębić się w tej kniei i odetchnąć świeżym powietrzem. A świeżego powietrza na pewno będzie pod dostatkiem, zwłaszcza w lesie znajdującym się 10 km za wielką aglomeracją miejską, z której wszelkie zanieczyszczenia wraz z wiatrem zatrzymują się właśnie w tymże miejscu. Dodatkowo czystość powietrza w tym miejscu poprawia nieodległa droga tranzytowa na której co dnia setki tirów emitują potężne ilości tlenków azotu, tlenków siarki, dwutlenku węgla i ołowiu. Sprawy dopełnia znajdująca się po drugiej stronie huta szkła, która za pomocą kominów również nie pozostaje bez wpływu na atmosferę.

Skoro więc ustaliliśmy już że przebywanie w tym miejscu to doskonała zmiana dla zdrowia i płuc, należałoby też skorzystać z panującej w lesie ciszy i chwilę odpocząć od miejskiego zgiełku. O ciszę można być spokojnym,  zwłaszcza w okresie gdy na identyczny jak nasz pomysł na majówkę wpadło ¾ miasta. Taki tabun ludzi przewalających się nieustanie, rozmawiających lub śpiewających jest niepodważalnym gwarantem spokoju. Do tego nie zapominajmy o pomniejszych gwarantach – wspomnianej już nieodległej trasie tranzytowej oraz znajdującym się nieopodal parkingu, gdzie obok naszej fury cały czas doparkowują kolejne. Aby obecność ciszy była ponad wszelką wątpliwość, wielu miłośników majówkowych wycieczek po lasach targa ze sobą dzieci. Te natomiast po ośmiuset metrach pieszo, mają już dość, chcą wracać, chce im się pić, spać, muszą usiąść i odpocząć itd. Cisza jak makiem zasiał.

W ferworze wspaniałości zdrowego spędzania czasu i dumy jaka nas rozpiera przez zrealizowanie niebotycznego postanowienia o zdrowym spacerze można oddać się podziwianiu przyrody. W takim miejscu ilość gatunków roślin i drzew musi być ogromna. Tak samo jak w miejskich parkach bo niewiele jest roślin które są w stanie wytrzymać obecność spalin i wydzielin z huty szkła. Ale to nie szkodzi, bo mimo że gama roślinności niczym nie różni się od tej spotykanej na co dzień wzdłuż miejskiej ulicy, to w lesie są one jakieś takie jakby szlachetniejsze, bardziej zielone i bardziej roślinne… Z drugiej strony fajnie byłoby zobaczyć z bliska leśną faunę. Co prawda spodziewaliśmy się żubra lub bizona ale w ostateczności żuk gnojarz też może być. Do niebywałych atrakcji należą też leśne mrówki.

Wczesnowiosenne sporty miejskie i majówkowe zdrowotne wypady za miasto, poza nagłością idei
łączą dwie charakterystyczne cechy – bezsensowność i kompletny brak zrozumienia założeń. Jaki sens ma uprawianie sportu nie dość że sporadycznie to jeszcze w mieście. Sport ma sens jeżeli jest wykonywany regularnie i to tyczy się nawet uprawiania amatorskiego. Na dodatek, Ci wszyscy biegający, rytmicznie chodzący czy jeżdżący nie zdają sobie sprawy, że zwiększony wysiłek sprawia, że wdychają oni więcej powietrza niż podczas zwykłego spaceru ulicą. Czy zwiększenie dawki smogu, spalin i zanieczyszczeń w płucach ma cokolwiek wspólnego z poprawą stanu zdrowia. Kierowanie się w tym wypadku modą lub nagłym przypływem zachcianki może w najlepszym przypadku nie doprowadzić do żadnej poprawy, w przypadku bardziej prawdopodobnym nawet do pogorszenia stanu zdrowia. Postanowienie o uprawianiu sportu powinno być przemyślane, a jego rozpoczęcie dobrze zaplanowane.


Podobna zasada tyczy się zdrowych spacerów po lesie. Nie wystarczy znaleźć kilku hektarów porośniętych drzewostanem żeby spędzenie tam kilku godzin nagle miało być zbawienne w skutkach. Aby miało to sens trzeba udać się do prawdziwej głuszy zdecydowanie dalej niż kilka kilometrów autem od miasta. Tylko że taką wyprawę też trzeba zaplanować i przygotować się do niej. To zdecydowanie komplikuje cały proces zdrowego spędzania czasu. Ale z dobrym zdrowiem jest tak jak ze wszystkim w życiu – jeżeli uzyskanie czegoś przychodzi Ci łatwo i bezproblemowo to znaczy, że czegoś ważnego nie uwzględniłeś.

środa, 27 kwietnia 2016

Język polski


W gamie przedmiotów szkolnych jedną z najjaśniejszych pozycji pełni przedmiot o wdzięcznej nazwie język polski. Jest to przedmiot notorycznie ciągnący się przez wszystkie lata edukacji. Począwszy od pierwszej klasy szkoły podstawowej katuje się uczniów nauką języka polskiego przez 12 ustawowych lat nauki, zwieńczonych obowiązkową maturą z tego przedmiotu i to w wydaniu zarówno ustnym jak i pisemnym. Mimo że wyniki owej matury rok w rok pokazują że tuzin lat nauki tego gniota to czas w dużej mierze zmarnowany, język polski od pokoleń nauczany jest w identyczny, przestarzały i prowadzący do zupełnie innego niż zamierzony celu, sposób.

Początki nauki polskiego w żaden sposób nie zapowiadają końcowej klęski edukacyjnej. W pierwszych 2-3 latach podstawówki jest on lubiany przez uczniów i, co jest niezwykłą rzadkością w przypadku przedmiotów szkolnych, jest potrzebny. Uczniowie uczą się wówczas czytać, pisać, konstruować składne zdania i krótkie wypowiedzi. Później przedmiot ten przepoczwarza się w sesję tortur, podzieloną na kilka bloków zagadnień, z których każde kolejne coraz bardziej przyczynia się do maturalnej porażki podsumowującej edukację. Poniżej znajduje się opis poszczególnych bloków tematycznych, ich wpływ na odbieranie przedmiotu, przydatność w życiu codziennym i ewentualnie wpływ na maturalną kompromitację:
  • Gramatyka

Jest to dziedzina wyodrębniona z języka polskiego zajmująca się składnią, budową i poszczególnymi
elementami zdań i zależnościami między nimi. W założeniu programowym miała służyć nauczeniu młodego człowieka umiejętności budowania składnych zdań. W rzeczywistości jest nauką o relacji między podmiotem i orzeczeniem, użyciem przydawki z zdaniu podrzędnym wielokrotnie złożonym i odmianą czasownika defibrylować przez osoby.

Jest to jednak bardzo lubiany przez uczniów zakres wiedzy, głownie ze względu na swoją prostotę (przynajmniej dla uczniów od dzieciaka obcujących z językiem polskim), szablonowość i oczywiście łatwość wyłapania dobrej oceny, która może na koniec semestru okazać się kartą przetargową zaliczenia przedmiotu, wobec rzędu luf zebranych z prac klasowych, wypracowań i prac domowych. Ze względu na swój brak realizacji założonego celu, nawet niezły z gramatyki uczeń dalej pozostaje analfabetą i używa zdań w stylu „Kali mieć krowę”, „Krowa dawać mleko”.

  • Ortografia

Jest to dziedzina powstała tylko po to, by trudny do opanowania język był jeszcze trudniejszy. Jest sztuką albo zgadywania – strzelam że Gibraltar piszę się przez „ch” i „rz” z kropką, albo znajdywania niezwykłych zależności – górzysty pisze się przez „rz” ponieważ „zamienia się” na góra a góra jest przeciwieństwem dołu, a z góry do dołu płynie rzeka która zaczyna się na „rz”. Ma ona za zadanie nauczyć uczniów zasad ortografii, która więcej niż zasad ma wyjątków od nich i w ogóle nie wiadomo po co została wymyślona.

Bardzo popularną formą weryfikacji zdolności władania ortografią są tzw. dyktadna ortograficzne. W jego trakcie nauczyciel dyktuje uczniom wiersz „Chrząszcz” Johna Brzechwy, a uczniowie muszą napisać podyktowaną treść jednocześnie odgadując jak najwięcej ortograficznych pułapek, którymi ten utwór jest naszpikowany jak przybornik Rambo amunicją. Zasad i wyjątków ortograficznych w języku polskim jest tyle, że choćby żyć 1000 lat to niemożliwym staje się opanowanie wszystkich ortograficznych zonków do perfekcji. Dotyczy to również Polonistów, którzy dla bezpieczeństwa na dyktandach używają tylko słów których ortografię zdążyli już wkuć na pamięć.

  • Dyrdymały

Jest to najobszerniejszy blok tematyczny. Wraz z biegiem lat edukacji zanika nauczanie gramatyki i ortografii na rzecz zakatowania uczniów dyrdymałami, przypieczętowując ich ostateczne postrzeganie języka polskiego jako przedmiotu znienawidzonego i bezużytecznego.

Dyrdymały to wszelkie dzieła literackie, którymi poloniści na siłę terroryzują uczniów, zmuszając ich do czytania tych wytworów wyobraźni (i niejednokrotnie marihuany, haszyszu, opium, alkoholu i innych używek). Krótkie dyrdymały czytane są na lekcjach. Dotyczy to w szczególności jakichś wierszyków i innych wymysłów radosnej lirycznej twórczości. Ciężkie i wielostronicowe dyrdymały zadawane są do czytania w domu pod kryptonimem lektura.

Czas zadany na przeczytanie lektury jest zawsze o setki tysięcy razy za krótki niż ten, który rzeczywiście należałoby na to poświecić. W związku z tym powstały bryki. Są to krótkie i treściwe opracowania lektur, zawierające jedynie istotne informacje z fabuły, plany wydarzeń, charakterystyki bohaterów i wszystkie inne informacje, które podczas tzw. „omawiana” nauczyciel będzie chciał wydębić od uczniów. Dzięki brykom uczeń nie musi się przemęczać, ponieważ każdą 300-stronicową książkę pisaną językiem niezrozumiałym nawet po konkretnym spożyciu, można poznać czytając 10 stron opracowania napisanego językiem zrozumiałem dla przeciętnego człowieka.

Kwestia lektur i konieczności ich zmiany była już opisywana we wpisie pt. „Dlaczego należy zmienić listę lektur”. Dlatego też nie będziemy wchodzić w szczegóły omawiania dyrdymałów oraz bezsensowności całego tego procesu. Istotne jest, że cały ten proceder, powtarzany kilkukrotnie semestr w semestr skutecznie zniechęca do sięgania w przyszłości po książki i nakłania do omijania biblioteki szerokim łukiem.

Powyższe trzy bloki stanowią clou nauki języka polskiego. Jak było wspomniane wcześniej ostateczna rozgrywka ucznia z tym przedmiotem ma miejsce na maturze. Część pisemna składa się z dwóch sekcji – czytania ze zrozumieniem gdzie najpierw trzeba zapoznać się z tekstem o niczym aby potem móc odpowiedzieć na kilkanaście debilnych pytań, które tylko w teorii odwołują się do jego treści, oraz wypowiedź pisemna, czyli przeczytanie podanego fragmentu jakiegoś dyrdymału i napisanie minimum 4500 linijek tekstu na temat „na podstawie zamieszczonego fragmentu wyjaśnij w jaki sposób autor postrzega problem etymologii betonu w kontekście dramatu wydarzeń trwającej rewolucji francuskiej”. Część ustna to dwadzieścia minut kompromitacji podczas wygłaszana prezentacji na temat roli pasty do butów w twórczości Adama Mickiewicza, plus następne piętnaście minut jeszcze większej kompromitacji podczas odpowiadania na pytania szanownej komisji, która od samego początku obserwowała ten występ z politowaniem.


Taka mieszanka bloków tematycznych wałkowana przez ponad dekadę życia, połączona z maturalnym armagedonem, celowo nastawionym na uwalanie uczniów, musi w ostatecznym rozrachunku prowadzić do klęski. Niemniej jednak ani poloniści ani ludzie odpowiedzialni za polski system oświaty z ministrerstwem na czele nie widzą potrzeby zmian w nauczaniu ojczystego języka. Oni wszyscy wciąż obstają przy stanowisku, że mizeria efektów nauki to wina wyłącznie uczniów, którzy są leniami patentowanymi i nie chce im się uczyć a efekty tego widać na maturach. Takie podejście do omówionego tu zagadnienia sprawia, że jeszcze przez wiele lat polska młodzież będzie udowadniać jak bardzo nie było warto poświęcać tylu lat na naukę czegoś, co teoretycznie powinno stanowić jedną z podstaw procesu edukacji.