Należy dziś zająć się jedną z kampanii społecznych, która
jak na kampanię społeczną przystało, miała za cel uświadamiać ludzi o istnieniu
konkretnego zjawiska. Mowa tu o kampanii, nakłaniającej Polaków do czytania
książek. Jej główną treść stanowi informacja, że jakiś tam cholernie duży
procent populacji w ostatnim roku nie przeczytało ani jednej książki. I trzeba
przyznać, że była (i jest nadal) całkiem skuteczna, bo wykreowała nową modę na
czytanie gdzie popadnie.
Było tak przez długi czas, że aby dotrzeć do pracy, zmuszony
byłem korzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Miałem to szczęście, że
raz miałem bezpośredni autobus spod domu, prosto pod same wrota firmy, a dwa,
że zawsze wsiadałem na pętli, co pozwalało mi zająć niemal dowolne miejsce w
pojeździe. Po zajęciu strategicznie wybranego miejsca (stosowany przeze mnie algorytm
doboru miejsca w środkach komunkacji opiera się o kilkanaście czynników i nie
będę go tu opisywał), poza słuchaniem muzyki, mogłem obserwować innych
pasażerów. Sytuacja wyglądała zazwyczaj tak – obok mnie siadał sobie jakiś człowiek
i od razu wyjmował z plecaka książkę, książkę wyjmowała też osoba siedząca dwa
rzędy miejsc dalej, kilka osób za mną tak samo, kolejne osoby z przodu busa
też. Potem jak zabrakło miejsc siedzących, kolejni wsiadający zaraz po wejściu
też wyjmowali jakąś ksingę i zamiast trzymać się poręczy wgapiali się w nią jak
ciele w malowane wrota.
Generalnie rzecz biorąc po kilku przystankach człowiek czuł
się jak w czytelni. Jakiś wysyp moli książkowych – skuteczność kampanii
imponująca.
Na początek zastanówmy się dlaczego tak się dzieje. Książka
jest swojego rodzaju symbolem wiedzy i inteligencji, a chwaląc kogoś że jest
inteligentny, często od razu dodaje się że jest oczytany. Kampania o której
mowa mówiła co prawda o odsetku ludzi, którzy przez ostatnie 365 dób nie tknęli
żadnej sztuki książki, ale nie ma co się oszukiwać, ze jest tu ukryty jasny i
czytelny podtekst – ileś tam dziesiąt procent społeczeństwa to tłumoki co nawet
jednej książki na rok nie czytają. A zachęta do czytania też jest prosta –
czytaj książki nie bądź tumanem. No i wielu ludziom podziałało na ambicję.
Kiedyś spotkanie kogoś kto czytał książkę w autobusie, na
przystanku czy ławce w parku było rzadkością na miarę pojawiania się na niebie
komety Halleya. Ale od kiedy zaczęto podświadomie wyzywać Polaków od
nieoczytanych tumanów to każdy chciał pokazać się jako wielki inteligent ze
swoim książkowym atrybutem. Śmiesznie to wygląda, jak nagle 1/3 autobusu jak na
zawołanie wsadza nos w kartki i zaczyna coś tam oczami wiercić po tekście. Nie
ma się co oszukiwać, że większość z nich posłuchała sobie że jest tumanem bo
nie czyta, potem zobaczyli że inni czytają i nie chciała publicznie wyjść na
nieuków. Ulegli oni zwykłej modzie, która dziś dotyczy czytania, jutro może dotyczyć
chodzenia w słomianym kapeluszu, a pojutrze zakładania sobie na łeb foliowych
toreb.
Większość tych moli książkowych, w ogóle nie jest
zainteresowane tym co czyta, ale skoro już tachało książkę ze sobą to już
chociaż spróbuje coś przeczytać. Ci ludzie myślą, że wyglądają inteligentne i
zyskują w oczach innych. Może w oczach innych tak, ale nie w moich. Bo ja nie
jestem w stanie uwierzyć, że nagle taka ogromna część społeczności zapałała
miłością do czytania. Dla mnie wygląda to śmiesznie, jak widzę ludzi, którzy
robią coś, tylko dlatego że inni to robią. Parę lat temu była moda na łażenie
po ulicy z odtwarzaczami mp3. Też zacząłem i chodzę do dzisiaj – bo mi się to
spodobało. I pewnie części z tych ludzi przyjemność sprawia literatura, ale
większość to pozoranci. Gdyby wmówić im że oznaką inteligencji jest noszenie na
bani irokeza, to jeszcze dziś polecieliby do sklepu nabyć żel do włosów.
Wśród autobusowych czytelników wszystek czyta sobie coś z
tzw. literatury pięknej, bo ktoś kiedyś nagadał, że ona uszlachetnia, upięknia
duszę, rozwija umysł… no i to słownictwo, jak to rozwija człowieka. Nie wiem
kto taką famę puścił, ale to i tak nie ma znaczenia. Ci „czytający w podróży”
równie dobrze mogliby wziąć ze sobą instrukcję obsługi pralki i ją przeczytać.
Wartość opałowa jest identyczna jak każdej książki o tych samych wymiarach,
treść nie ma znaczenia skoro i tak czyta się dla pozorów.
I co ważne, nie czuję się wśród tych ludzi tumanem, bo
doskonale zdaje sobie sprawę, że możesz przeczytać całą bibliotekę
aleksandryjską i nadal pozostać zwykłym tępakiem. Posiadam wiedzę, za którą
pracodawcy chętnie zapłacą i nie muszę udawać przed innymi, że jestem
mądrzejszy niż jestem. A kiedy czytam książkę to robię to dla siebie, w domu, a
nie w pośpiechu cały czas odrywając się, żeby przypadkiem nie przegapić swojego
przystanku. Równie dobrze mogę wsiąść do autobusu i zacząć czytać książkę
telefoniczną – nabijam sobie statystykę przeczytanych pozycji w ciągu roku, co
z tego, że wartość tego jest żadna.
