"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

sobota, 21 lutego 2015

Wuwua na spalonym



Jedną z wielu cech Polski wynikającą z cech tutejszego społeczeństwa jest to, że wszelkie nieszczęścia tu występujące zawsze przyjmują charakterystykę binarną. I w związku z tym panuje tu albo względny spokój albo rozgrywa się tragedio-dramat w skali niemożliwej do opisania. Chwilowo mamy do czynienia z wersją nr dwa, co jest spowodowane ziszczeniem się jednego z porzekadeł.

Do soboty palenie mostów kojarzyło się z zerwaniem stosunków dyplomatycznych z drugą stroną na tyle skutecznie, że ich ponowne nawiązanie w formie dotychczas obowiązującej było niemożliwe. W sobotę jednak sfajczył się Łazienkowski i powiedzenie się urzeczywistniło. Rozpoczął się również niemożliwy do opisania dramat.

Jako że w sobotę w okolicach godziny 18 znajdowałem się na warszawskim Torwarze, w niebezpiecznie bezpośredniej bliskości spalonego mostu, to od tygodnia zmuszony jestem odpowiadać na pytania dlaczego podpaliłem most. Ale to nie jest żaden dramat, po prostu ma się ekscentrycznych znajomych i trzeba z tym jakoś żyć.

Dramat rozgrywa się natomiast naokoło. W dziennikach krajowych nie ma dnia, żeby nie trąbili o moście, a w lokalnych Warszawskich robią to co godzinę.

Problem pierwszy – korki. Odnoszę bowiem wrażenie, że i dziennikarze i mieszkańcy dopiero teraz mieli przyjemność obcować z tym zjawiskiem. W mieście, które od lat ląduje w czołówce rankingu najbardziej zakorkowanych metropolii w Europie, a wyliczenia wskazują że przeciętny warszawiak łącznie traci 12 dni rocznie na stanie w korkach potrzeba było spalić most by lokalna społeczność oraz władze miasta zwróciły uwagę na kilometrowe korki.

Problem drugi – mostu nie ma. Jedna z najważniejszych kaskad do przeprawy między prawo i lewobrzeżną Warszawą zostaje wyłączona z eksploatacji co oczywiście powoduje paraliż komunikacyjny. Pytanie jak bardzo brak mostu może być paraliżujący dla miasta, które na niedostatek mostów cierpi od dekad. Niemniej okazuje się że brak Łazienkowskiego jest na tyle poważny, że nawet gogle maps postanowiło usunąć go ze swoich map. W związku z tym można oficjalnie stwierdzić że Łazienkowski nie istnieje.

Problem trzeci – wydłużony czas dojazdu w godzinach szczytu. Ponieważ ci, którzy korzystali z mostu Łazienkowskiego zmuszeni są wytyczyć sobie naokrężną drogę przejazdu przez Wisłę, co wydłuża im czas przejazdu. Do tego powiększają wspomniane wcześniej korki w innych obszarach miasta więc pozostali też jadą dłużej. Ale jak już wspominałem informacje o wyłączeniu Łazienkowskiego z ruchu to jeden z głównych tematów każdego dnia i nie rozumiem dlaczego problem dłuższego czasu jazdy jest aż tak bolesny. Bo skoro wiadomo, że sytuacja wygląda tak jak wygląda to osoby, które wiedzą że czeka ich nieco dłuższa niż zazwyczaj podróż powinny wziąć na to poprawkę czasową i wyjechać wcześniej.

Problem czwarty – długi czas remontu. Konstrukcyjnie mosty to w większości konstrukcje stalowe, pracujące w trakcie eksploatacji. Ciężko jest zatem sobie wyobrazić, żeby kilkugodzinny pożar takiej konstrukcji pozostawił po sobie ślady, które trzeba zetrzeć szmatką by można było dalej z niej korzystać.

Problem piąty – w magazynie części zapasowych nie ma mostu. Władze Warszawy nie zmontują na prędkości jakiejś przeprawy alternatywnej bo się nie opłaca wywalać na to pieniędzy. Nie zniosą też zakazu ruchu na Śląsko – Dąbrowskim w godzinach szczytu, który ja notorycznie łamię. Generalnie, jedyne co władze Warszawy zrobią to zamkną most na wiele miesięcy a ZTM zorganizuje jakąś komunikację zastępczą i objazdy. I jeżeli ktokolwiek spodziewa się więcej to będzie później rozczarowany. Jesteśmy świeżo po wyborach samorządowych więc ratusz ma dużo czasu na podejmowanie decyzji. Co innego gdyby całość zadziała się rok temu. Wówczas połowa prac remontowo – naprawczych byłaby już zakończona.

Problem szósty – trzeba zapobiec takim sytuacjom w przyszłości. W przeciągu dwóch dni pojawił się raport dotyczący konstrukcji stołecznych mostów. Wynika z niego, że podobne sytuacje nie są wysoce prawdopodobne, ponieważ jedynie most Gdański, podobnie jak Łazienkowski, ma podkłady wykonane z drewna. A dokładniej mówiąc część przeznaczona do ruchu tramwajów. Reszta mostów w Warszawie jest już zrobiona jak trzeba bez użycia łatwopalnego materiału podkładowego. Jednak gdyby przyjrzeć się nagraniom z akcji gaszenia Łazienkowskiego to widać palący się asfalt – który zawsze był i będzie materiałem łatwopalnym. A nawierzchnia wszystkich mostów w Warszawie jest asfaltowa, co powoduje że problem podkładów schodzi na dalszy plan. Wymiana nawierzchni asfaltowej, na niepalną betonową na każdym warszawskim moście to nie tylko zadanie skomplikowane logistycznie, ale przede wszystkim kosztochłonne przedsięwzięcie. I dlatego nieprędko będzie można powiedzieć że podobna sytuacja nie przytrafi się na innych przeprawach rzecznych, bez względu na zastosowany na niej materiał do podkładów.

Problem siódmy – „i co ja sobie za to kupię? Waciki?”. Naprawa mostu wyceniona została na kwotę 150 milionów złotych. W tym momencie pojawia się klasyczne „mam dwie wiadomości, dobrą i złą”. A mówiąc dokładniej to dobra jest taka, że most był ubezpieczony, zła… że na kwotę 3 milionów złotych. A podejrzewam że i tak nie pójdzie ona bezpośrednio na remont, ale na raporty, ekspertyzy, jakieś przetargi i tak dalej. Miasto nie ma kasy nawet na bieżące inwestycje. Druga linia metra, która miała być gotowa na Euro w 2012 roku do dziś czeka na otwarcie. A to tylko jeden z wielu przykładów. Nie ma więc co liczyć, że istnieją jakieś rezerwy, które umożliwią niezwłoczne rozpoczęcie prac.

Wszystko powyższe sprawia, że cała sytuacja jest już postrzegana jako tragedia narodowa. Ciężko jest z góry zakładać wariant pożaru mostu, ale gdyby pewne – oczywiste kroki zostały podjęte wcześniej, to w momencie gdy Łazienkowski zaczął świecić (znamy żart z choinką i firankami), to uniknięcie ogłoszonego wszem i wobec paraliżu, wymagałoby jedynie wdrożenia planu awaryjnego a nie pilnego zastanawiania się i co teraz. Mówi się że mądry Polak po szkodzie, ale podejrzewam, że nawet po szkodzie nie zostanie zrobione nic poza absolutne minimum by takie numery się więcej nie powtórzyły. A mówiąc inaczej, jeżeli za kilka lat podobna sytuacja ponownie będzie miała miejsce to działania i problemy będą wyglądały dokładnie tak jak teraz, mimo że wielu będzie miało nieodpartą świadomość, że coś takiego było już kiedyś grane.