"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

wtorek, 3 stycznia 2017

Pseudomól książkowy

Należy dziś zająć się jedną z kampanii społecznych, która jak na kampanię społeczną przystało, miała za cel uświadamiać ludzi o istnieniu konkretnego zjawiska. Mowa tu o kampanii, nakłaniającej Polaków do czytania książek. Jej główną treść stanowi informacja, że jakiś tam cholernie duży procent populacji w ostatnim roku nie przeczytało ani jednej książki. I trzeba przyznać, że była (i jest nadal) całkiem skuteczna, bo wykreowała nową modę na czytanie gdzie popadnie.

Było tak przez długi czas, że aby dotrzeć do pracy, zmuszony byłem korzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej. Miałem to szczęście, że raz miałem bezpośredni autobus spod domu, prosto pod same wrota firmy, a dwa, że zawsze wsiadałem na pętli, co pozwalało mi zająć niemal dowolne miejsce w pojeździe. Po zajęciu strategicznie wybranego miejsca (stosowany przeze mnie algorytm doboru miejsca w środkach komunkacji opiera się o kilkanaście czynników i nie będę go tu opisywał), poza słuchaniem muzyki, mogłem obserwować innych pasażerów. Sytuacja wyglądała zazwyczaj tak – obok mnie siadał sobie jakiś człowiek i od razu wyjmował z plecaka książkę, książkę wyjmowała też osoba siedząca dwa rzędy miejsc dalej, kilka osób za mną tak samo, kolejne osoby z przodu busa też. Potem jak zabrakło miejsc siedzących, kolejni wsiadający zaraz po wejściu też wyjmowali jakąś ksingę i zamiast trzymać się poręczy wgapiali się w nią jak ciele w malowane wrota.

Generalnie rzecz biorąc po kilku przystankach człowiek czuł się jak w czytelni. Jakiś wysyp moli książkowych – skuteczność kampanii imponująca.

Na początek zastanówmy się dlaczego tak się dzieje. Książka jest swojego rodzaju symbolem wiedzy i inteligencji, a chwaląc kogoś że jest inteligentny, często od razu dodaje się że jest oczytany. Kampania o której mowa mówiła co prawda o odsetku ludzi, którzy przez ostatnie 365 dób nie tknęli żadnej sztuki książki, ale nie ma co się oszukiwać, ze jest tu ukryty jasny i czytelny podtekst – ileś tam dziesiąt procent społeczeństwa to tłumoki co nawet jednej książki na rok nie czytają. A zachęta do czytania też jest prosta – czytaj książki nie bądź tumanem. No i wielu ludziom podziałało na ambicję.

Kiedyś spotkanie kogoś kto czytał książkę w autobusie, na przystanku czy ławce w parku było rzadkością na miarę pojawiania się na niebie komety Halleya. Ale od kiedy zaczęto podświadomie wyzywać Polaków od nieoczytanych tumanów to każdy chciał pokazać się jako wielki inteligent ze swoim książkowym atrybutem. Śmiesznie to wygląda, jak nagle 1/3 autobusu jak na zawołanie wsadza nos w kartki i zaczyna coś tam oczami wiercić po tekście. Nie ma się co oszukiwać, że większość z nich posłuchała sobie że jest tumanem bo nie czyta, potem zobaczyli że inni czytają i nie chciała publicznie wyjść na nieuków. Ulegli oni zwykłej modzie, która dziś dotyczy czytania, jutro może dotyczyć chodzenia w słomianym kapeluszu, a pojutrze zakładania sobie na łeb foliowych toreb.

Większość tych moli książkowych, w ogóle nie jest zainteresowane tym co czyta, ale skoro już tachało książkę ze sobą to już chociaż spróbuje coś przeczytać. Ci ludzie myślą, że wyglądają inteligentne i zyskują w oczach innych. Może w oczach innych tak, ale nie w moich. Bo ja nie jestem w stanie uwierzyć, że nagle taka ogromna część społeczności zapałała miłością do czytania. Dla mnie wygląda to śmiesznie, jak widzę ludzi, którzy robią coś, tylko dlatego że inni to robią. Parę lat temu była moda na łażenie po ulicy z odtwarzaczami mp3. Też zacząłem i chodzę do dzisiaj – bo mi się to spodobało. I pewnie części z tych ludzi przyjemność sprawia literatura, ale większość to pozoranci. Gdyby wmówić im że oznaką inteligencji jest noszenie na bani irokeza, to jeszcze dziś polecieliby do sklepu nabyć żel do włosów.

Wśród autobusowych czytelników wszystek czyta sobie coś z tzw. literatury pięknej, bo ktoś kiedyś nagadał, że ona uszlachetnia, upięknia duszę, rozwija umysł… no i to słownictwo, jak to rozwija człowieka. Nie wiem kto taką famę puścił, ale to i tak nie ma znaczenia. Ci „czytający w podróży” równie dobrze mogliby wziąć ze sobą instrukcję obsługi pralki i ją przeczytać. Wartość opałowa jest identyczna jak każdej książki o tych samych wymiarach, treść nie ma znaczenia skoro i tak czyta się dla pozorów.

I co ważne, nie czuję się wśród tych ludzi tumanem, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że możesz przeczytać całą bibliotekę aleksandryjską i nadal pozostać zwykłym tępakiem. Posiadam wiedzę, za którą pracodawcy chętnie zapłacą i nie muszę udawać przed innymi, że jestem mądrzejszy niż jestem. A kiedy czytam książkę to robię to dla siebie, w domu, a nie w pośpiechu cały czas odrywając się, żeby przypadkiem nie przegapić swojego przystanku. Równie dobrze mogę wsiąść do autobusu i zacząć czytać książkę telefoniczną – nabijam sobie statystykę przeczytanych pozycji w ciągu roku, co z tego, że wartość tego jest żadna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz