"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

piątek, 30 maja 2014

Bezpieczeństwo to podstawa


Przed chwilą dotarła do mnie informacja, że posłowie pracują nad zmianą przepisów o ruchu drogowym, likwidując m.in. margines 10 km/h, o które można było przekroczyć dopuszczalną prędkość aby nie zostać ukaranym mandatem.

Tak akurat się składa, że jesteśmy parę dni po wyborach do Europarlamentu. Przy tej okazji dało się usłyszeć w telewizji nieco o pracy takich europosłów, oraz o paru absurdach, które w ostatnich latach urzeczywistnili, a których symbolem stało się prostowanie bananów i ochrzczenie ślimaków rybami lądowymi. W polskiej polityce przypadków ustanawiania absurdalnych przepisów nie brakuje. Oba te elementy skłaniają do zastanowienia się, czy aby ludzie odpowiedzialni za uchwalanie prawa nie dostają dodatku do pensji za wymyślenie lub przeforsowanie jakiejś totalnej durnoty.

Zaczniemy od rozpatrzenia twierdzenia autorstwa nieznanego „geniusza” który stwierdził kiedyś, że prędkość zabija. Zapewne był to „tzw. humanista” a inni „tzw. humaniści” w to uwierzyli i tak oto od wielu lat w społeczeństwie taka bzdura sobie żyje i do tego wielu się z nią zgadza.

Po pierwsze. Jak można stwierdzić, że prędkość zabija skoro każdemu obiektowi na ziemi, można przypisać wektor prędkości v, którego wartość będzie miarą prędkości wyrażoną w jednostkach w których ma być mierzona. Obiekty znajdujące się w spoczynku, też posiadają swoją prędkość, a to że jest ona równa 0 km/h to już nikomu nie przeszkadza. Ale może autor twierdzenia miał na myśli wektory niezerowe, choć nawet jeśli, to nie miał pojęcia, że o takowe mu właśnie chodzi.

Weźmy sobie samochód poruszający się z niezerową prędkością 3 km/h. W myśl twierdzenia prędkość (niezerowa) zabija, jest to obiekt niebezpieczny ponieważ można mu przypisać niezerowy wektor prędkości. Wobec tego, każdy poruszający się samochód jest niebezpieczny, ponieważ porusza się z niezerową prędkością która zabija. Gdyby doprowadzić do sytuacji, w której żaden samochód nie stanowi zagrożenia, wówczas wszystkie musiałby pozostawać w spoczynku, co raczej nie służy wypełnianiu roli środka transportu.

Ale rozważny teraz inny przypadek. Samochód jedzie z prędkością 210 km/h, która zabija. Dla porównania, fotony – kwanty pola elektromagnetycznego (w tym światła widzialnego) poruszają się z prędkością około 300.000 km/s. Taka prędkość dopiero musi zabijać, a mimo to okazuje się, że nie udokumentowano dotychczas żadnego przypadku, aby ktoś zmarł, w wyniku obrażeń powstałych po włączeniu światła, o ile miał sprawną instalację elektryczną.

Czy zatem prędkość zabija? Nie, nie zabija, prędkość to wielkość wektorowa określająca zmianę położenia w jednostce czasu. Palenie zabija, nie prędkość.

Co zatem sprawia, że ludzie wierzą, że prędkość zabija? Bo stworzyli takie coś jak „wiadomo o co chodzi”. A chodzi o to, że samochód jest ciężki wiec dlatego jest niebezpieczny. Fakt – foton ma masę spoczynkową równą 0, samochód osobowy różnie od 1 tony do 2-2,5. Co prawda nikt jeszcze nie stwierdził, że „masa zabija” ale pośrednio tak się tłumaczy, dlaczego światło nie stanowi śmiertelnego zagrożenia a samochód tak.

A teraz historia z życia wzięta (zwłaszcza z życia w Polsce). Zataczający się menel, idąc chodnikiem traci równowagę. Przewraca się i wpada na zaparkowany samochód o masie spoczynkowej 1,5 tony… podnosi się i idzie dalej. I to pomimo zderzenia z ciężkim pojazdem. Oczywiście może się zdarzyć, że tak niefortunnie upadnie, że kaput, ale generalnie upadając niefortunnie na dużo lżejszą płytę chodnikową również może kaput.

Co zatem zabija? Gdzie leży przyczyna niekończącej się degręgolady żeby jeździć wolniej, jeździć wolniej… pff. Pęd jest odpowiedzią na to pytanie. Pęd, czyli iloczyn prędkości i masy obiektu, wyrażony w Newtonach, będącego miarą energii zderzenia w takcie kolizji. Czy to miał na myśli ten „tzw humanista”? Pewnie tak, ale jako że nie uważał na fizyce to sadził farmazony o prędkości.

Przychylmy się zatem do zwolenników metody obniżania dopuszczalnej prędkości jako środka na poprawę bezpieczeństwa na drogach. Patrząc z punktu widzenia fizyki, wartość pędu jako iloczynu prędkości i masy zmaleje w skutek zmniejszenia wartości jednego z czynników iloczynu.

A dlaczego nikt nie zaproponuje, żeby wywalić z pojazdu tylną kanapę, fotel pasażera, deskę rozdzielczą, radio, elementy tapicerki, dywaniki, pasy bezpieczeństwa i cała resztę niepotrzebnych pierdół i zostawić tylko samą czerupę z kierownicą, podłogą bez dywaników gdzie widać miejsca spoin łączących i fotel kierowcy bez obicia? Od razu zmaleje masa pojazdu, co obniży wartość pędu w trakcie jazdy, co przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa i tak dalej. Bo czemu całą odpowiedzialność zwalać na ogranicznik prędkości ustawiony dużo dalej granicy przepisowej prędkości jazdy?

Jeżeli obniżenie dopuszczalnej prędkości jazdy faktycznie wpływałoby na poprawę bezpieczeństwa, to pomysł taki byłby całkiem sensowny. Jeżeli by wpływało. Ale nie wpłynie i sprowadzanie wszystkiego do krótszej drogi hamowania i mniejszej ewentualnej siły zderzenia jest tak samo płytkie jak myślenie, że ludzie na drugiej półkuli chodzą do góry nogami.

Obowiązująca na znakomitej większości odcinków drogowych w Polsce, prędkość maksymalna równa 50 km/h to spacer za kółkiem. To wleczenie się po drodze. Czy prędkość taka może zmusić kierowcę do nieustannej czujności, zwanej w kodeksie ruchu drogowego „zachowaniem szczególnej ostrożności”? No oczywiście, że nie. Jedziemy więc 50, w aucie gra radio, szumi klimatyzacja. Prowadzący pojazd trzyma kierownicę jedną ręką lub dwoma palcami. Drugą rękę ma na podłokietniku, lub rancie drzwi. Sam rozgląda się na wszystkie strony, zerka na telefon, zmienia stacje radiowe, reguluje klimatyzację, rozmawia z pasażerami Jest można powiedzieć wyjątkowo skupiony… na wszystkim poza jazdą. Wiem co mówię, znam to z autopsji, wiem jak wygląda moja jazda 50.

A jak jadę 120 km/h trasą szybkiego ruchu? To wtedy już radio nie bębni jak kościelne dzwony na Anioł Pański, telefon leży  gdzieś z boku, biegi zmieniam szybko, by móc jak najszybciej znów chwycić kierownicę oburącz w celu pełnej kontroli nad autem. Oczy mam szeroko otarte, umysł w pełni skupiony na drodze przed sobą i innych pojazdach na około. Dlaczego? Bo przy takiej prędkości, każdy błąd może być opłakany w skutkach, więc moja uwaga skupiona jest NA PRO-WA-DZE-NIU! Czy naprawdę tak ciężko zrozumieć, że bezpieczeństwo na drodze to nie jest droga hamowania pojazdu, ale poziom koncentracji kierowcy, który nim kieruje. Skoncentrowany kierowca zdecydowanie szybciej reaguje na wydarzenia. Dlaczego Ci co chcą obyć odpowiedzialni za bezpieczeństwo ruchu drogowego, mają tak banalne myślenie i dostrzegają wyłącznie fizyczne aspekty prowadzenia auta, pomijając elementy psychologiczne driverów? Nie ma takiego ESP, wspomagania hamowania i innych elektronicznych zabawek, które będą w stanie wyeliminować ryzyko płynące z nieodpowiedzialnej postawy za kierownicą, tak jak nie ma przypadku w tym, że zdecydowanie większy odsetek wypadków drogowych ma miejsce na terenach zabudowanych gdzie obowiązuje 50, niż na autostradach gdzie można jeździć 130.

Ponieważ jednak uznano, że dekoncentracja kierowców jest nadal zbyt wysoka, wymyślono kolejną durnotę, czyli likwidację bufora nagięcia przepisów o prędkości maksymalnej. Pomysł jest taki: jak się jedzie 50 km/h w zabudowanym to jest spoko, ale jak się jedzie 52 km/h w tym samym miejscu to popełnia się wykroczenie. No więc trzeba drobiazgowo pilnować by wskazówka prędkościomierza nie przekroczyła kreski, więc jedziemy nie
patrząc na drogę, ale na pulpit zegarów. Od razu będzie bezpieczniej. Po co zatem przepisy dotyczące przepuszczalności światła przez fole przyciemniające szyby, skoro nikt nie będzie już przez nie wyglądał. Wszyscy będą się gapić na speedometer.

Po kolejne. Prędkość samochodu wyliczana jest na podstawie pomiaru zmiany strumienia magnetycznego obracającego się wału silnika. Jest więc obarczona drobnym błędem. Niech mi zatem ktoś wytłumaczy, jak bardzo poprawi się bezpieczeństwo na drogach, gdy na widok radiowozu i gościa z suszarą, kierowca przestanie myśleć o czymkolwiek innym, a będzie się zastanawiał, co jeżeli jego prędkościomierz wskazuje 50 km/h, a urządzenie „pana władzy” wyświetla 50,000002 km/h? Na pewno taki totalnie zestresowany kierowca stanowi mniejsze zagrożenie od zestresowanego umiarkowanie.

Podobnego pokroju debilizmów jest bez liku. Pomysł – groteska po wydarzeniach w Kamieniu Pomorskim – obowiązkowy alkomat w każdym pojeździe. Nie ma wątpliwości, że jego obecność powstrzyma narąbanego w trzy dupy kierowcę, przed wyruszeniem w trasę. Jedyne co to obecność tego miernika w schowku zwiększy masę pojazdu, co negatywnie wpłynie na wartość pędu i tak dalej i tak dalej.

Psychologowie mówią, że jeżeli ktoś chce popełnić zły uczynek, to prawdopodobieństwo że się na to finalnie zdecyduje jest mniejsze, jeżeli w zasięgu jego wzroku znajduje się lustro. Obserwacja bowiem samego siebie, podczas popełniania czynu niewłaściwego, potęguje wyrzuty sumienia.

W samochodzie lusterka są aż 3, czasem 5 (w podsufitowych zasłonach przeciwsłonecznych), czasem 7 (dodatkowo w zagłówkach przednich foteli, dla pasażerów z tyłu). Mimo to jesteśmy liderem w Europie gdy mowa o liczbie wypadków spowodowanych pod wpływem. Nie ulega więc wątpliwości, że schowany głęboko alkomat, będzie lekiem na całe zło, skoro obecność lusterek nic nie daje.

Niestety, będąc w wieku 26 lat i oglądając kolejne propozycje zmian dla bezpieczeństwa ruchu, zastanawiam się, czy kiedykolwiek dożyję, jakiejś sensownej i skutecznej nowelizacji w tym obszarze prawa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz