Co prawda temat matur był już wcześniej przeze mnie
poruszany, ale zagadnienie to jest tak obszerne, że można by poświęcić mu
dziesiątki tysięcy stron opisu. A temat jest ciepły, bo właśnie pomału dobiega
końca okres gdy na abiturientów pada blady strach powodujący u nich chwilowy
słomiany zapał do nabywania wiedzy celem uniknięcia kompromitacji, w niektórych
przypadkach połączony ze stwierdzeniem, że trzeba było się jednak uczyć. Na
szczęście jest to stan przechodni, który kończy się po odbębnieniu kompletu
egzaminów. W ekstremalnych przypadkach zdarzają się przypadki omdleń, duszności
i innych skutków bezustannego wbijania latami do głowy frazesów, że bez matury
nie ma się szans na cokolwiek w życiu. Generalnie wniosek końcowy jest taki, że
nie było się czym przejmować bo było proste, a jak coś to będzie poprawa i
takie tam. Potem pierwsza sesja na uczelni i ludzie śmieją się sami z siebie,
że kiedyś przejmowali się maturą.
Tyle ogółem. Wchodząc w szczegóły to nie będę tu pisał o
maturze, ale o jednym z ciekawych zjawisk społecznych, który obserwuje, a który
nasila się w okresie matur, ze względu na niedawne zmiany w systemie tzw. nowej
matury. Otóż Ministerstwo Edukacji, które specjalizuje się w podejmowaniu
bezsensownych decyzji, zawsze z myślą o uczniach, ma czasem przebłysk że
dostrzega istotny problem i próbuje mu zaradzić. Co prawda takich przypadków
zdarza się w MEN 1 na 1000 ale tym razem tak właśnie się zdarzyło.
Urzędnicy doszli do wniosku, że Polacy nie umieją liczyć i
aby temu zaradzić postanowili obwołać matematykę przedmiotem maturalnym
obowiązkowym. Na licealistów padł blady strach, często połączony z atakiem
epilepsji, bądź duszności, prowadzący w niektórych przypadkach do myśli
samobójczych, nawet w przypadku osób które uprzednio nie skarżyły się na
podobne dolegliwości.
Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy społeczeństwem „tzw.
humanistów”. Aby lepiej zrozumieć to pojęcie należy przytoczyć nierzadko
spotykaną sytuację, gdy podchodzimy do delikwenta z prośbą o pomoc w wyliczeniu
odchylenia standardowego od średniej zestawu danych przedstawiających rozkład
ocen w klasie X. Tzw. humanista robi wtedy gest znany jako „gały w 5 złotych” i
odpowiada, że ze względu na preferowany przez niego kierunek kształcenia nie
jest w stanie udzielić nam odpowiedzi na zadane pytanie.
Praktyka obcowania z tzw. humanistą sprowadza się do prostej
wymiany zdań: - Sorki, ile to jest dwa razy dwa? – Oj nie pomogę Ci, wiesz, ja
to raczej jestem humanistą/tką. Po czym poznajemy zatem tzw. humanistę? Po tym,
że jak zadamy pytanie pomocnicze kto napisał „Boską komedię, Dantego”
usłyszymy, że chyba Mickiewicz ale tzw. humanista nie jest pewny.
Czym się różni zatem tzw. humanisty od prawdziwego
humanisty? Jeden z moich kolegów z gimnazjum jest humanistą – tym faktycznym. I
zawsze był niezły z matematyki, a poszedł na historię na UW bo go to
interesowało. Humanista to człowiek, którego interesują nauki humanistyczne.
Osobiście nie wiem co może być w nich pasjonującego, ale dobra. Człowiek
przynajmniej będzie w życiu szczęśliwy, bo będzie robił to co lubi.
Skąd zatem wzięła się moda na nazywanie siebie humanistą, w
każdej sytuacji, w której trzeba wykonać zadanie matematyczne, na poziomie
przewyższającym 3 klasę podstawówki? Stąd, że „sorry, jestem humanistą” brzmi
dostojniej niż „sorry, ale jestem na tyle tępy, że matematyka wykraczająca poza
zakres obliczenia ile w sumie owoców ma Małgosia, która dostała cztery jabłka i
dwie gruszki, przerasta moje możliwości intelektualne”. Innymi słowy, jestem
humanistą, bo z polskiego zawsze do lektur istniały bryki a z historii łatwo
robi się ściągi, a z matematyki i fizyki nie można spisać na kawałku świstka
wszystkich wariantów rozwiązań tego samego zadania. Po prostu, jestem humanistą
bo przedmioty te można wkuć, a ścisłe trzeba zrozumieć.
Oczywiście żaden tzw. humanista tak nie powie. Będzie
obstawał przy swojej wersji, wszak z polaka na koniec miał mocne 3+, z matmy
ledwo 2 co było wyczynem heroicznym. Inna rzecz, że nazywanie siebie humanistą
to dopiero początek zjawiska, którego kolejnym etapem jest skuteczne wmówienie
sobie, że faktycznie zasila się zacne grono jak Homer, Erazm z Roterdamu czy
Michał
Montaigne. To też oczywiście przesada, bo tzw. humanista nie porównuje
się do wyżej wymienionych ponieważ zwyczajnie ich nie zna. Gdyby jednak w
rozmowie przytoczyć nazwisko któregoś z nich to okaże się, zależnie od płci, że
to albo jakiś piłkarz, albo projektant mody ale i jeden i drugi musi być słaby,
bo niewiele o nim wiadomo.
Na dobrą sprawę, tzw. humaniści swoje motto opierają na
tezie „mam prawo nie znać tabliczki mnożenia, w końcu przecież jestem humanistą”.
Co gorsza, ogólny odbiór społeczny takich osób jest pozytywny, głównie dlatego,
że problem ten dotyczy sporej grupy ludzi. Następnym krokiem będzie ochrzczenie
tzw. humanizmu chorobą na tle psychiczno-rozwojowym, wszak dziś wolno pisać
róża przez „u” i „rz”, pod warunkiem że pokaże się papier, że jest się dyslektykiem.
Tzw. humanizm jest uwarunkowany dysfunkcją systemu motywacji
do pobierania nauk. I ma on jednakowe nasilenie w przypadku przedmiotów
wszystkich specjalności, tylko ze względu na większą łatwość ściemniania na
sprawdzianach z przedmiotów humanistycznych tzw. humaniści mają z nich nieco
lepsze oceny. Prawda jest taka, że są oni kiepscy w każdej dziedzinie. Gdyby
chorobą społeczną ogłosić lenistwo, to państwo by zbankrutowało z powodu rent
jakie musiałoby wypłacić wszystkim na tę chorobę cierpiącym.
Stąd tak rozpaczliwa reakcja tych środowisk na decyzję MEN. Taktyka
ściemniania, polemiki i lania wody w tym momencie ponosi klęskę.
Na tym wszystkim cierpią humaniści – ci prawdziwi. Przez działania
swoich pseudoodpowiedników dostali łatkę tumanów, których powaliło twierdzenie
Talesa. Zaczynają być postrzegani jako ludzie idący na łatwiznę. Gdyby wszyscy
tzw. humaniści rzeczywiście byli ludźmi za których się mają, to bylibyśmy
narodem wielu genialnych umysłów z zakresu filozofii i nie tylko. Na chwilę
obecną większość Polaków filozofuje tylko wtedy, gdy ma 2,5 promila w wdychanym
powietrzu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz