"Osobiście współczuję naszym komikom i kabareciarzom, ponieważ zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest wymyślić groteskę, która będzie bardziej absurdalna niż polska rzeczywistość" - autor bloga
"Po przeczytaniu treści na tym blogu, możesz przyjąć punkt widzenia autora, lecz jeśli wolisz możesz pozostać przy swoim zdaniu, żyjąc ze świadomością, że jesteś w błędzie" - autor bloga

niedziela, 18 maja 2014

Alternatywna wersja humanisty

Co prawda temat matur był już wcześniej przeze mnie poruszany, ale zagadnienie to jest tak obszerne, że można by poświęcić mu dziesiątki tysięcy stron opisu. A temat jest ciepły, bo właśnie pomału dobiega końca okres gdy na abiturientów pada blady strach powodujący u nich chwilowy słomiany zapał do nabywania wiedzy celem uniknięcia kompromitacji, w niektórych przypadkach połączony ze stwierdzeniem, że trzeba było się jednak uczyć. Na szczęście jest to stan przechodni, który kończy się po odbębnieniu kompletu egzaminów. W ekstremalnych przypadkach zdarzają się przypadki omdleń, duszności i innych skutków bezustannego wbijania latami do głowy frazesów, że bez matury nie ma się szans na cokolwiek w życiu. Generalnie wniosek końcowy jest taki, że nie było się czym przejmować bo było proste, a jak coś to będzie poprawa i takie tam. Potem pierwsza sesja na uczelni i ludzie śmieją się sami z siebie, że kiedyś przejmowali się maturą.

Tyle ogółem. Wchodząc w szczegóły to nie będę tu pisał o maturze, ale o jednym z ciekawych zjawisk społecznych, który obserwuje, a który nasila się w okresie matur, ze względu na niedawne zmiany w systemie tzw. nowej matury. Otóż Ministerstwo Edukacji, które specjalizuje się w podejmowaniu bezsensownych decyzji, zawsze z myślą o uczniach, ma czasem przebłysk że dostrzega istotny problem i próbuje mu zaradzić. Co prawda takich przypadków zdarza się w MEN 1 na 1000 ale tym razem tak właśnie się zdarzyło.

Urzędnicy doszli do wniosku, że Polacy nie umieją liczyć i aby temu zaradzić postanowili obwołać matematykę przedmiotem maturalnym obowiązkowym. Na licealistów padł blady strach, często połączony z atakiem epilepsji, bądź duszności, prowadzący w niektórych przypadkach do myśli samobójczych, nawet w przypadku osób które uprzednio nie skarżyły się na podobne dolegliwości.

Dzieje się tak dlatego, że jesteśmy społeczeństwem „tzw. humanistów”. Aby lepiej zrozumieć to pojęcie należy przytoczyć nierzadko spotykaną sytuację, gdy podchodzimy do delikwenta z prośbą o pomoc w wyliczeniu odchylenia standardowego od średniej zestawu danych przedstawiających rozkład ocen w klasie X. Tzw. humanista robi wtedy gest znany jako „gały w 5 złotych” i odpowiada, że ze względu na preferowany przez niego kierunek kształcenia nie jest w stanie udzielić nam odpowiedzi na zadane pytanie.

Praktyka obcowania z tzw. humanistą sprowadza się do prostej wymiany zdań: - Sorki, ile to jest dwa razy dwa? – Oj nie pomogę Ci, wiesz, ja to raczej jestem humanistą/tką. Po czym poznajemy zatem tzw. humanistę? Po tym, że jak zadamy pytanie pomocnicze kto napisał „Boską komedię, Dantego” usłyszymy, że chyba Mickiewicz ale tzw. humanista nie jest pewny.

Czym się różni zatem tzw. humanisty od prawdziwego humanisty? Jeden z moich kolegów z gimnazjum jest humanistą – tym faktycznym. I zawsze był niezły z matematyki, a poszedł na historię na UW bo go to interesowało. Humanista to człowiek, którego interesują nauki humanistyczne. Osobiście nie wiem co może być w nich pasjonującego, ale dobra. Człowiek przynajmniej będzie w życiu szczęśliwy, bo będzie robił to co lubi.

Skąd zatem wzięła się moda na nazywanie siebie humanistą, w każdej sytuacji, w której trzeba wykonać zadanie matematyczne, na poziomie przewyższającym 3 klasę podstawówki? Stąd, że „sorry, jestem humanistą” brzmi dostojniej niż „sorry, ale jestem na tyle tępy, że matematyka wykraczająca poza zakres obliczenia ile w sumie owoców ma Małgosia, która dostała cztery jabłka i dwie gruszki, przerasta moje możliwości intelektualne”. Innymi słowy, jestem humanistą, bo z polskiego zawsze do lektur istniały bryki a z historii łatwo robi się ściągi, a z matematyki i fizyki nie można spisać na kawałku świstka wszystkich wariantów rozwiązań tego samego zadania. Po prostu, jestem humanistą bo przedmioty te można wkuć, a ścisłe trzeba zrozumieć.

Oczywiście żaden tzw. humanista tak nie powie. Będzie obstawał przy swojej wersji, wszak z polaka na koniec miał mocne 3+, z matmy ledwo 2 co było wyczynem heroicznym. Inna rzecz, że nazywanie siebie humanistą to dopiero początek zjawiska, którego kolejnym etapem jest skuteczne wmówienie sobie, że faktycznie zasila się zacne grono jak Homer, Erazm z Roterdamu czy Michał
Montaigne. To też oczywiście przesada, bo tzw. humanista nie porównuje się do wyżej wymienionych ponieważ zwyczajnie ich nie zna. Gdyby jednak w rozmowie przytoczyć nazwisko któregoś z nich to okaże się, zależnie od płci, że to albo jakiś piłkarz, albo projektant mody ale i jeden i drugi musi być słaby, bo niewiele o nim wiadomo.

Na dobrą sprawę, tzw. humaniści swoje motto opierają na tezie „mam prawo nie znać tabliczki mnożenia, w końcu przecież jestem humanistą”. Co gorsza, ogólny odbiór społeczny takich osób jest pozytywny, głównie dlatego, że problem ten dotyczy sporej grupy ludzi. Następnym krokiem będzie ochrzczenie tzw. humanizmu chorobą na tle psychiczno-rozwojowym, wszak dziś wolno pisać róża przez „u” i „rz”, pod warunkiem że pokaże się papier, że jest się dyslektykiem.

Tzw. humanizm jest uwarunkowany dysfunkcją systemu motywacji do pobierania nauk. I ma on jednakowe nasilenie w przypadku przedmiotów wszystkich specjalności, tylko ze względu na większą łatwość ściemniania na sprawdzianach z przedmiotów humanistycznych tzw. humaniści mają z nich nieco lepsze oceny. Prawda jest taka, że są oni kiepscy w każdej dziedzinie. Gdyby chorobą społeczną ogłosić lenistwo, to państwo by zbankrutowało z powodu rent jakie musiałoby wypłacić wszystkim na tę chorobę cierpiącym.

Stąd tak rozpaczliwa reakcja tych środowisk na decyzję MEN. Taktyka ściemniania, polemiki i lania wody w tym momencie ponosi klęskę.

Na tym wszystkim cierpią humaniści – ci prawdziwi. Przez działania swoich pseudoodpowiedników dostali łatkę tumanów, których powaliło twierdzenie Talesa. Zaczynają być postrzegani jako ludzie idący na łatwiznę. Gdyby wszyscy tzw. humaniści rzeczywiście byli ludźmi za których się mają, to bylibyśmy narodem wielu genialnych umysłów z zakresu filozofii i nie tylko. Na chwilę obecną większość Polaków filozofuje tylko wtedy, gdy ma 2,5 promila w wdychanym powietrzu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz