Jest teraz tak, że pogoda długo się rozkręcała ale wreszcie synoptyki
oznajmiły, że będzie słonecznie i ponad 30 stopni w najbliższym czasie. Wraz z
progresującą od początku wiosny pogodą można co dzień obserwować wzrost
populacji amatorów różnych form sportu i rekreacji. Większość z nić to słomiani
zapaleńcy, którzy wraz z końcem zimy usiłują wcisnąć się w wiosenne klamoty i
orientują się, że całą zimę jechali na masę, a rzeźba poszła w diabły. Postanawiają
więc, że w tym roku koniec i że biorą się za siebie, pobiegają przez trzy dni,
potem im przejdzie bo będą mieć dość i taką sinusoidę będą odstawiać do czasu
zaawansowanej jesieni.
Wśród tych sportowców, zarówno szybko wymiękających ale i
bardziej wytrwałych jak grzyby po deszczu rozmnażają się fani kolarstwa
miejskiego. Ich ilość na warszawskich ulicach wzrosła wielokrotnie w ostatnich
latach, gdyż miasto postanowiło wspierać takich rowerowych napaleńców projektem
miejskich wypożyczalni rowerowych „Veturilo”. Ci są jeszcze o tyle spoko, że
używają tych rowerów do transportu z miejsca na miejsce, bez zatrzymywania się
po drodze, zastawiania drogi i podziwiania widoków po drodze. Dzieje się tak
dlatego, że Veturilo objęte jest opłatą od czasu użytkowania pojazdu, więc
każdemu userowi, który musi najpierw nabić kwotę na konto potrącana jest kwota
adekwatna do czasu przejażdżki.
Gorsza sprawa jest z tymi, którzy mają rower na własnym wyposażeniu
i postanowią z niego skorzystać. Ci nie muszą robić czasówki, więc mogą sobie
jeździć jak chcą. Ale sprawa ostatnimi czasy nabrała zupełnie innego wymiaru,
gdyż prywatne rowery coraz częściej są wykorzystywane do innych zastosowań.
Do czego zatem służy rower zdaniem warszawskich posiadaczy
dwóch kółek? No oczywiście do wtarabanienia się z takim bicyklem do pociągu
metra w godzinach szczytu. Nie ma dnia, żeby wsiadając do metra po pracy, na
końcu składu nie stało kilku ludzi przewożących rowery. Metro w godzinach
szczytu jest zarąbane jak diabli i generalnie wsiadanie do niego to istny
surwiwal. Niemniej jednak zawsze znajdzie się jakiś przygłup, który zechce
zrobić sobie przejażdżkę rowerową metrem.
Dajmy na to, że jedziesz sobie rowerem (bez użycia metra) i
pęknie łańcuch i generalnie jest siara. Wówczas musisz w jakiś sposób dowieźć
rower do domu lub serwisu więc korzystasz z komunikacji. Okazuje się więc, że
współczynnik awaryjności rowerów w Warszawie jest niepokojąco duży i nasila się
w godzinach szczytu.
Jest też drugie wytłumaczenie. Po prostu każdy z tych
rowerzystów komunikacyjnych nie zrozumiał idei jaka przyświeca jeździe rowerem.
Jak decydujesz się brać rower ze sobą to z niego korzystaj, a jak z góry
zamierzasz jechać metrem to nie irytuj innych własną głupotą. Moim zdaniem,
nieprzypadkowo w żadnej znanej mi definicji roweru nie ma wzmianki, jakoby był
to przedmiot służący do transportu metrem, a w każdej jest natomiast napisane
że sam w sobie służy do przewożenia ludzi.
W zatłoczonym pociągu, taki rower przewraca się na ludzi, Ci
się o niego uderzają, zaczepiają ubraniami i w ogóle. Właściciel nie jest w
stanie nad nim zapanować, bo z jednej strony usiłuje trzymać rower, a z drugiej
usiłuje trzymać się. Do tego taki bicykl utrudnia jednym wysiadanie a drugim
wsiadanie. I jeżeli nawet wyobraźnia takiego posiadacza roweru jest za krótka
by sobie to uświadomić, to po pierwszym takim numerze powinien sam dostrzec, że
chyba intelektem nie błysnął.
Może za chwilę i inne grupy właścicieli pojazdów postanowią
wykorzystać warszawskie metro do
transportu swoich zabawek. I niewykluczone że
jak spadnie pierwszy śnieg to będziemy mogli podziwiać gościa ze skuterem
śnieżnym na gąsienicach, oczekującego na peronie na pociąg w kierunku kabat.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz