Jedną z wielu cech Polski
wynikającą z cech tutejszego społeczeństwa jest to, że wszelkie nieszczęścia tu
występujące zawsze przyjmują charakterystykę binarną. I w związku z tym panuje
tu albo względny spokój albo rozgrywa się tragedio-dramat w skali niemożliwej
do opisania. Chwilowo mamy do czynienia z wersją nr dwa, co jest spowodowane
ziszczeniem się jednego z porzekadeł.
Do soboty palenie mostów
kojarzyło się z zerwaniem stosunków dyplomatycznych z drugą stroną na tyle
skutecznie, że ich ponowne nawiązanie w formie dotychczas obowiązującej było
niemożliwe. W sobotę jednak sfajczył się Łazienkowski i powiedzenie się
urzeczywistniło. Rozpoczął się również niemożliwy do opisania dramat.
Jako że w sobotę w okolicach
godziny 18 znajdowałem się na warszawskim Torwarze, w niebezpiecznie
bezpośredniej bliskości spalonego mostu, to od tygodnia zmuszony jestem
odpowiadać na pytania dlaczego podpaliłem most. Ale to nie jest żaden dramat,
po prostu ma się ekscentrycznych znajomych i trzeba z tym jakoś żyć.
Dramat rozgrywa się natomiast
naokoło. W dziennikach krajowych nie ma dnia, żeby nie trąbili o moście, a w
lokalnych Warszawskich robią to co godzinę.
Problem pierwszy – korki. Odnoszę
bowiem wrażenie, że i dziennikarze i mieszkańcy dopiero teraz mieli przyjemność
obcować z tym zjawiskiem. W mieście, które od lat ląduje w czołówce rankingu
najbardziej zakorkowanych metropolii w Europie, a wyliczenia wskazują że
przeciętny warszawiak łącznie traci 12 dni rocznie na stanie w korkach potrzeba
było spalić most by lokalna społeczność oraz władze miasta zwróciły uwagę na
kilometrowe korki.
Problem drugi – mostu nie ma.
Jedna z najważniejszych kaskad do przeprawy między prawo i lewobrzeżną Warszawą
zostaje wyłączona z eksploatacji co oczywiście powoduje paraliż komunikacyjny. Pytanie
jak bardzo brak mostu może być paraliżujący dla miasta, które na niedostatek
mostów cierpi od dekad. Niemniej okazuje się że brak Łazienkowskiego jest na
tyle poważny, że nawet gogle maps postanowiło usunąć go ze swoich map. W
związku z tym można oficjalnie stwierdzić że Łazienkowski nie istnieje.
Problem trzeci – wydłużony czas
dojazdu w godzinach szczytu. Ponieważ ci, którzy korzystali z mostu
Łazienkowskiego zmuszeni są wytyczyć sobie naokrężną drogę przejazdu przez
Wisłę, co wydłuża im czas przejazdu. Do tego powiększają wspomniane wcześniej
korki w innych obszarach miasta więc pozostali też jadą dłużej. Ale jak już
wspominałem informacje o wyłączeniu Łazienkowskiego z ruchu to jeden z głównych
tematów każdego dnia i nie rozumiem dlaczego problem dłuższego czasu jazdy jest
aż tak bolesny. Bo skoro wiadomo, że sytuacja wygląda tak jak wygląda to osoby,
które wiedzą że czeka ich nieco dłuższa niż zazwyczaj podróż powinny wziąć na
to poprawkę czasową i wyjechać wcześniej.
Problem czwarty – długi czas
remontu. Konstrukcyjnie mosty to w większości konstrukcje stalowe, pracujące w
trakcie eksploatacji. Ciężko jest zatem sobie wyobrazić, żeby kilkugodzinny
pożar takiej konstrukcji pozostawił po sobie ślady, które trzeba zetrzeć
szmatką by można było dalej z niej korzystać.
Problem piąty – w magazynie części
zapasowych nie ma mostu. Władze Warszawy nie zmontują na prędkości jakiejś
przeprawy alternatywnej bo się nie opłaca wywalać na to pieniędzy. Nie zniosą
też zakazu ruchu na Śląsko – Dąbrowskim w godzinach szczytu, który ja
notorycznie łamię. Generalnie, jedyne co władze Warszawy zrobią to zamkną most
na wiele miesięcy a ZTM zorganizuje jakąś komunikację zastępczą i objazdy. I
jeżeli ktokolwiek spodziewa się więcej to będzie później rozczarowany. Jesteśmy
świeżo po wyborach samorządowych więc ratusz ma dużo czasu na podejmowanie
decyzji. Co innego gdyby całość zadziała się rok temu. Wówczas połowa prac
remontowo – naprawczych byłaby już zakończona.
Problem szósty – trzeba zapobiec
takim sytuacjom w przyszłości. W przeciągu dwóch dni pojawił się raport
dotyczący konstrukcji stołecznych mostów. Wynika z niego, że podobne sytuacje
nie są wysoce prawdopodobne, ponieważ jedynie most Gdański, podobnie jak
Łazienkowski, ma podkłady wykonane z drewna. A dokładniej mówiąc część
przeznaczona do ruchu tramwajów. Reszta mostów w Warszawie jest już zrobiona
jak trzeba bez użycia łatwopalnego materiału podkładowego. Jednak gdyby
przyjrzeć się nagraniom z akcji gaszenia Łazienkowskiego to widać palący się
asfalt – który zawsze był i będzie materiałem łatwopalnym. A nawierzchnia
wszystkich mostów w Warszawie jest asfaltowa, co powoduje że problem podkładów
schodzi na dalszy plan. Wymiana nawierzchni asfaltowej, na niepalną betonową na
każdym warszawskim moście to nie tylko zadanie skomplikowane logistycznie, ale
przede wszystkim kosztochłonne przedsięwzięcie. I dlatego nieprędko będzie
można powiedzieć że podobna sytuacja nie przytrafi się na innych przeprawach
rzecznych, bez względu na zastosowany na niej materiał do podkładów.
Problem siódmy – „i co ja sobie
za to kupię? Waciki?”. Naprawa mostu wyceniona została na kwotę 150 milionów
złotych. W tym momencie pojawia się klasyczne „mam dwie wiadomości, dobrą i złą”.
A mówiąc dokładniej to dobra jest taka, że most był ubezpieczony, zła… że na
kwotę 3 milionów złotych. A podejrzewam że i tak nie pójdzie ona bezpośrednio na
remont, ale na raporty, ekspertyzy, jakieś przetargi i tak dalej. Miasto nie ma
kasy nawet na bieżące inwestycje. Druga linia metra, która miała być gotowa na
Euro w 2012 roku do dziś czeka na otwarcie. A to tylko jeden z wielu
przykładów. Nie ma więc co liczyć, że istnieją jakieś rezerwy, które umożliwią
niezwłoczne rozpoczęcie prac.
Wszystko powyższe sprawia, że
cała sytuacja jest już postrzegana jako tragedia narodowa. Ciężko jest z góry zakładać
wariant pożaru mostu, ale gdyby pewne – oczywiste kroki zostały podjęte
wcześniej, to w momencie gdy Łazienkowski zaczął świecić (znamy żart z choinką
i firankami), to uniknięcie ogłoszonego wszem i wobec paraliżu, wymagałoby
jedynie wdrożenia planu awaryjnego a nie pilnego zastanawiania się i co teraz.
Mówi się że mądry Polak po szkodzie, ale podejrzewam, że nawet po szkodzie nie
zostanie zrobione nic poza absolutne minimum by takie numery się więcej nie
powtórzyły. A mówiąc inaczej, jeżeli za kilka lat podobna sytuacja ponownie
będzie miała miejsce to działania i problemy będą wyglądały dokładnie tak jak
teraz, mimo że wielu będzie miało nieodpartą świadomość, że coś takiego było
już kiedyś grane.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz