Dziś przypada ten jeden dzień w roku, w którym spotykam się
z tak samo nieciekawym jak i wnerwiającym zjawiskiem jakim jest oczywiście pielgrzymka
na jasną górę. Co mam zatem do pielgrzymek? Nic. A co mam do pielgrzymów?
Bardzo wiele.
Tak się pechowo składa ze trasa pielgrzymki przebiega
niedaleko mojego miejsca zamieszkania, poruszając się dużą ulicą pełniącą ważną
rolę w komunikacyjnej organizacji stolicy. W drodze do pracy muszę przejść
przez tą że ulicę, co w dniu dzisiejszym było niemożliwe bo jakoś tak to jest
zawsze zorganizowane, że pomimo podziału na grupy pielgrzymi ciągną się i
ciągną i skończyć nie mogą. W upalny poranek otrzymałem dodatkową atrakcję w
postaci przebijania się przez prąd boczny idącego tłumu. Gdybym pojechał
tramwajem to miałbym to samo, tylko że żar z nieba zastąpiłbym sauną w
rozgrzanej blaszanej puszce. Mogłem jechać klimatyzowanym samochodem i wówczas
warunku byłby znośne, ale obawiam się że w trakcie oczekiwania aż cały ten tłum
przewali mi się przed maską, otrzymał bym surową karę od Unii za zdecydowane
przekroczenie normy emisji spalin.
To tyle tytułem wstępu. Można by raz do roku przecierpieć te
niedogodności gdyby całość zamykała się na przemarszu masy ludzkiej publicznymi
drogami. Niestety, pielgrzymi by im się fajniej maszerowało lubią sobie
pośpiewać. Na dodatek każda grupa śpiewa inny wałek. A ponieważ śpiewać nie
umieją, a dodatkowo nagłaśniają to na słabej jakości przenośnym sprzęcie audio,
w postaci głośnika zainstalowanego na oparciu wózka inwalidzkiego jakiejś
babci, wychodzi coś co można określić na wiele sposobów, ale na pewno nie jest
to śpiew. Nie ma takiego bitu, który można pod to podstawić by w jakikolwiek
sposób przypominało to melodię. To nawet nie jest bełkot. To jest buczenie na
full zychel w imię chwały Pana. Gdyby Bóg to usłyszał to momentalnie odpalił by
boomboxa z jakąś techniawą byle tylko zagłuszyć to wycie.
I tak idzie przez miasto gromada pielgrzymów, podzielona na
pewne grupy. Ci co mieszkają na trasie przemarszu, o jakimkolwiek spaniu mogą
zapomnieć, przy tym darciu ryja nie słychać nawet własnych myśli. Ci co mieszkają,
tak jak ja, kawałek dalej mają wrażenie nieodległego pochodu zombie w krótkich odstępach, bo w
tym przypadku każda grupa brzmi tak samo – jak barany idące na rzeź. Co prawda
nie miałem nigdy okazji przekonać się jak w rzeczywistości brzmią barany idące
na rzeź, ale gdzieś w moim umyśle wytworzyło się wyobrażenie, że brzmiałoby to
właśnie tak.
Niech ktoś mi wyjaśni, jaki jest cel by przez dziesięć lub
więcej dni zasuwać do miasta grabarzy. Najpierw idziesz w upalnym słońcu, które
wykańcza a na wieczór dopada Cię ulewa po całym dniu. Nogi Cię bolą, buty
zaczynają zrastać się ze stopą. Spisz w jakimś bunkrze, stodole, pod namiotem
lub w ogóle na polu, żresz to co Ci jakiś gospodarz łaskawie poda, załatwiasz
się w jakimś grajdole na zadupiu świata. Zupełnie jak małpy. I gdy docierasz na
miejsce to masz ochotę paść z wykończenia, a tu trzeba jeszcze przez 5 godzin
stać na mszy obok innych tak samo zmęczonych, cuchnących potem i brudem, i
słuchać jakiegoś mądrali, który powie dokładnie to samo co rok wcześniej a
potem wydać ostatnie drobne na transport do domu. Bez sensu.
Dodatkowo zauważyłem że młodzi rodzice mają zwyczaj zabierać
na takie eventy swoje dzieci. I o ile jadącemu w wózeczku brzdącowi jest
wszystko jedno gdzie go tam rodzice ciągną, o tyle sześcio, siedmio,
ośmioletnie dzieci, które już chodzą o własnych siłach, jeszcze przed wymaszerowaniem
z Warszawy są zmęczone i mają dość tej pielgrzymki. Co ich rodzice mieli na
celu zabierając dziecko na prawie dwutygodniową podróż piechotą do klasztoru?
Możliwe że sami od wielu lat uczestniczą w takich imprezach, może nawet poznali
się na pielgrzymce i chcieli żeby ich dziecko poczuło tą „fantastyczną”
atmosferę, by w przyszłości samo chodziło sobie pielgrzymować. Zapewniam, że
osiągną skutek zupełnie odwrotny. Takie dziecko po 10 dnach wykańczającego marszu,
spania na sianie, życia w warunkach porównywalnych do Afryki środkowej, żarciu ohydnego
jedzenia i niepojętej nudy, do końca życia będzie się brzydzić pielgrzymkami.
To akurat dobrze, bo jest szansa, że kiedyś dzięki temu, skończą się pochody
beczących baranów przez środek miasta, bo ludzie nie będą chcieli pisać się na
tak masochistyczne obrzędy.
Organizacja całości jest pożałowania godna. Ludzie za nią
odpowiedzialni, nie są w stanie logistycznie zorganizować sprawnego przemarszu
przez kluczowe ulice miasta w godzinach szczytu. To wnerwia, bo ja w
przeciwieństwie do nich nie idę sobie na wycieczkę i nie będę po drodze wył jak
wilk d księżyca udając że śpiewam. Ja idę do pracy, po to by z moich podatków,
można było opłacić ich eskortę policyjną i żeby z moich podatków uczestniczące
tam emerytki otrzymały comiesięczną jałmużnę z ZUS którą w całości zostawią na
jasnej górze gdy tylko dotrą do celu. Można by więc łaskawie nie utrudniać
życia człowiekowi, który idzie harować przez osiem godzin by oni mogli się
bawić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz