Zdarzało się w ostatnim czasie opisywać historie
zainspirowane podróżą warszawskim metrem, ale po dzisiejszym będę musiał
przemyśleć zmianę środka komunikacji, na jakiś słabiej wyposażony w ekrany AMS.
A to dlatego, że dziś zwątpiłem w wartość swojego wykształcenia a nie kończyłem
jakiejś europeistyki jak 2/3 sprzedawców w MacDonaldzie – jestem inżynierem.
Ten kierunek kształcenia z reguły kojarzył się po pierwsze z całką podwójną z
powierzchni rozwiniętej trapezu równobocznego o podstawie z płyty podłogowej
Forda Mondeo, a po drugie z myśleniem, że tak powiem, kreatywnym.
Ale na ekranie AMS wyczytałem, że dziś odbyła się w
Warszawie jakaś konferencja czy coś w tym stylu, na tematy związane z
komunikacją na której zebrali się inżynierowie i technicy komunikacji. Problem
był chyba oczywisty, warszawski, jeden niezmienny od zawsze – jak zrobić żeby w
tym cholernym mieście dało się normalnie jeździć po ulicy, a nie stać godzinę w
korku jadąc 3 ulice dalej. I wydawać by się mogło, że trafiło na specjalistów,
którzy rozumieją zagadnienia miejskiego ruchu komunikacyjnego. Ja bym w takiej
sytuacji zastanawiał się nad przepustowością arterii, rozmieszczeniem sygnalizacji.
Jestem inżynierem kierunku związanego z mechaniką więc nie znam się na
projektowaniu układu infrastruktury drogowej. I teraz – co wymyślili ludzie w
tym kierunku wykształceni? Że problem można rozwiązać, jeżeli ludziska z
samochodów przesiądą się na rowery albo zaczną przemieszczać się pieszo.
W związku z tym oświadczam co następuje:
Po pierwsze – tak, jest to doskonały pomysł na rozwiązanie
odwiecznego problemu zakorkowanej aglomeracji. Skoro więc inżyniery na to
wpadły, to niech dadzą przykład i zaczną od siebie. Bo ja na przykład nie mam
zamiaru rezygnować z przyjemnej i wygodnej podróży, w klimatyzowanym
samochodzie i muzyką w głośnikach, dlatego że jakiś pseudomądry łeb zażyczył
sobie, żebym nie jeździł. Ale zaznaczam jednocześnie, że nie mam nic przeciwko,
żeby inżyniery zaczęły łazić piechotą, bo też mnie wnerwia konieczność
nieustannego stania w korkach. Im mniej aut na drodze, tym więcej miejsca dla
mnie.
Po drugie: chylę czoła przed wielkością umysłów ludzi,
którzy wpadli na to niełatwe rozwiązanie. Warto było męczyć się lata na uczelni,
by teraz móc udowodnić urbi et orbi że nie poszło to na marne. Za 2000 lat,
pierwsze czytanie nie będzie z Pisma, będzie ze scenogramu gorączkowej dyskusji
z dnia 01.12.2014 z Warszawy:
„I rzekł do nich starszy z pytaniem co zrobić by tego
pieroństwa było mniej, bo korki się robią i ulice nieprzejezdne. I bracia
zaczęli pracować a ich umysły parowały, że aż atmosfera stała się ciężka. I
musiał starszy otworzyć portal okienny, by zaduch ten wygnać, by bracia się nie
udusili. I wstał wnet Tomasz z Soli, koło Ustronia, koło Żywca, który nauki pobierał
na ziemi dolnośląskiej, a bystry był iżby przez wszystkie te lata ledwo trzy
poprawki miał i jeden warunek. I rzekł Tomasz do reszty, by zakazać pieroństwa
i ku lepszym dobrom się odwrócić, by nigdy już więcej żadne zakorkowanie nie
nastąpiło”
Ja nie kumam tego do końca, ale ta dyskusja inżynierów
przypominała nauki surwiwalu pobierane w przedszkolu, gdzie każdy dzieciak Ci
powie, żeby nie stawać w kiblu na desce klozetowej bo można wywalić ze łba w
rezerwuar, potem spaść na drzwi kabiny, urwać klamkę i finalnie zdemolować
posadzę ubikacyjną. I tu nie ma fanu, bo może tak właśnie wyglądały ich wykłady
przez cały okres studiów.
Po trzecie: Kasa misiu, kasa, bo nie mam pojęcia czy tę
konferencję organizowało miasto czy jakiś prywaciarz, ale mogę domniemywać, że
forsa nie została właściwie wykorzystana. Dlatego, że mam gdzieś
przeczucie, że wywalanie szmalu na zebranie kilku mądrali, którzy dochodzą do
oczywistej oczywistości to nie tylko marnowanie kabony ale również organizowanie
sztuki dla sztuki. Zorganizować, pozapraszać, urządzić dyskusję, pyrgnąć jakiś
poczęstunek, załatwić nagłośnienie, po to, żeby finalnie powiedzieć ludziom, że
jak nie chcą korków to niech nie jeżdżą. Taniej wyszłoby faktycznie zaangażować
przedszkolaków, bo podejrzewam, że bystrzaki doszłyby do identycznych wniosków
i to bez zbędnych dyskusji na ten temat, a potem użyły wyobraźni i
zaproponowały kilka innych rozwiązań, których nie da się zrealizować w
przedstawionym kształcie ale można by pochylić się nad koncepcją. Dziecięca
fantazja zawsze wygra z wyklepaną wiedzą „eksperta”, który wbił se do łba kilka
książek, ale teraz nie potrafi tego wykorzystać.
Po czwarte: Okazuje się, że całe te studia i wykształcenie
szlag trafił, bo po kilku tysiącach lat od
zejścia z drzewa, nie posunęliśmy
się cywilizacyjne ani trochę. I szybkie pociągi, gadające mikrofalówki i inne
zabawki nie wymagają lat pracy, bo okazuje się, że świat jest banalny. Co
zrobić, żeby było mniej samochodów na ulicach – nie jeździć. I jakkolwiek
banalnie to brzmi, to nie można tej tezie niczego zarzucić, bo bez wątpienia
jest poprawna. Im mniej samochodów na ulicach, tym mniej samochodów na ulicach.
Co zrobić żeby rozwiązać problem głodu na świecie – nakarmić. A ONZ od lat się
głowi. Co zrobi, żeby rozwiązać problem chorób, szczególnie dotykający ludzi w
Afryce – wyleczyć. A WHO od lat się głowi. Co zrobić, żeby zlikwidować dziurę
budżetową – dodrukować szmalu. Tylko potem nie zapraszać do telewizji
Balcerowicza ani Petru, bo będą odgrażać się inflacją.
Po piąte: nie ma nic lepszego jak dojść do wniosku, o którym
wszyscy wiedzą a potem ogłosić oficjalne memorandum w tej sprawie. I to jest
oficjalny dokument ze zgromadzenia specjalistów na temat na którym specjaliści
się znają. Potem tylko opublikować to gdzie się da, wraz ze zdjęciem wszystkich
uczestników, by ludzie wiedzieli jak wygląda fiuczer naszej myśli naukowej.
Po piąte i pół: co gorsza, wielu tych którzy to przeczyta
uzna to za objawienie i podzieli tę myśl, chwaląc jej twórców za słuszne
wnioski. Co z tego, że każdy to wie, skoro oficjalna forma konferencji i
wysokość wykształcenia jej uczestników nadaje temu banałowi zupełnie inny
wymiar. Innymi słowy, jeżeli powiesz, że woda jest mokra, to w najlepszym
przypadku ludzie odpowiedzą Ci „nooo, coo tyyyy…”, ale jeżeli grupa profesorów –
noblistów Uniwersytetu Stanforda zwoła konferencję prasową by to ogłosić, to wszyscy
uznają to za przełomowe odkrycie.
Po szóste: nie dziwię się, że najlepsze polskie uczelnie
techniczne w rankingach światowych bujają się gdzieś między trzecią a czwartą
setką, skoro ich absolwenci są zdolni wyłącznie do wniosków na opisanym powyżej
poziomie.
I wreszcie po siódme: nie ma nic bardziej trafnego, jak po
godzinach narady wywnioskować oczywistą oczywistość a potem przedstawić ją na
ekranach w metrze, ludziom, którzy z oczywistych względów nie korzystają w owej
chwili z samochodu.


Łatwo krytykować, ale w powyższym artykule nie ma ani słowa o tym jak rozwiązać rzeczywisty problem korków miejskich. Pozostaje banalna, wyśmiewana niesłusznie powyżej prawda - trzy ulice dalej się nie jeździ, tylko chodzi. Korków będzie mnie, a zdrowia więcej.
OdpowiedzUsuńW.S.
No oczywiście, że nie ma propozycji jak rozwiązać problem, ponieważ to nie ja miałem go rozwiązać, tylko inżyniery zaproszone do działania. Mnie o to nikt nie pytał, ale wolałbym powiedzieć że nie mam pomysłu niż powiedzieć co mi pierwsze do głowy przyjdzie. Idąc w tym kierunku, problem przeludnienia w Indiach proponuje rozwiązać przy użyciu bomby wodorowej - to niebanalne stwierdzenie ma dokładnie identyczną wartość, jak konkluzja o korkach miejskich. Propozycji z mojej strony nie będzie, bo nie zamierzałem niczego proponować, w myśl zasady jak nie masz nic do powiedzenia to nie mów nic, nie zamierzam się kompromitować debilnymi wnioskami o których i tak każdy wie.
OdpowiedzUsuń